Salvequick czyli co warto mieć na wszelki wypadek?

23 maj 2017

Moja rodzina jest bardzo aktywna. Nie usiedzimy w domu, bez przerwy coś nas goni. Nie musi to być od razu plaża i złoty piasek – plac zabaw, basen, łąka, skwer – byleby tylko nie siedzieć w czterech ścianach, byleby tylko nudzie powiedzieć nie. Nasza czwórka uwielbia taki tryb, choć nie jest on wolny od różnego rodzaju zdarzeń, wypadków. Podejmujemy jednak t ryzyko. W końcu kto nie ryzykuje ten siedzi w domu!
Jeśli chodzi o wypadkowość to przejawiamy pewne skłonności. Szczególnie ja mam zdolności do tego, by obetrzeć  stopy nawet w miękkich adidasach biegowych. Dlatego, bez plastra i środka odkażającego w sprayu nawet nie wychodzę z domu. Kampania Streetcom i Salvequick spadła mi, więc wczesną wiosną jak z nieba, bo właśnie wtedy zwiększyliśmy intensywność naszych wojaży.





O tym jak ważne jest posiadanie przy sobie plastrów i wody dezynfekującej, przekonałam się będąc na weselu. Odkąd pamiętam zabierałam ze sobą na tego typu imprezy tylko zapasowe rajstopy. O plastrach, bandażach, tabletkach, nie było nawet myśli. Aż dwa lata temu trafiłam na przyjęcie do koleżanki. W łazience znalazłam wiklinowy koszyk a w nim plastry Salvequick na pęcherze i otarcia, wodę utlenioną, gumy do żucia i inne higieniczne wybawiacze. Uważałam, że to już przesada tak zaopatrzeć łazienkę, ale nie sądziłam że kilka godzin później okleję plastrami prawie całe stopy, niemal kąpiąc je wcześniej w wodzie utlenionej. Tak, moje stopy po tańcach i hulankach w nowych butach strasznie się zbuntowały. Ale nie przerwało to mojej zabawy! Dzięki koszykowi w łazience, przetańczyłam całą noc!
To było moje pierwsze spotkanie z Salvequick, drugie miało miejsce całkiem niedawno, tuż po otwarciu paczki ambasadorskiej Streetcom i Salvequick. 


Znalazłam w niej plastry :
FAMILY MIX – zestaw 26 plastrów różnej wielkości w składzie których znajduje się: 16 plastrów Aqua Resist – odpornych na brud i wodę, 4 plastry Sensitive – z delikatnym i przyjaznym dla skóry klejem, który powoduje, że zdejmowanie jest bezbolesne i 6 plastrów Textile – idealnymi na kolana, łokcie i stawy.
AQUA BLOCK – plastry  przyspieszające gojenie rany dla tzw. wilgotnych ran. Nieprzemakalne i przezroczyste
KIDS - AQUA BLOCK - plastry  przyspieszające gojenie rany dla tzw. wilgotnych ran. Nieprzemakalne i przezroczyste z kolorowymi aplikacjami dla dzieci. Dobrze przylegają i łatwo się zdejmują
AQUA RESIST  - Plastry o wysokiej jakości ,oddychający opatrunek o dużej chłonności, który stworzony został z materiału odpornego na rozciąganie, wodę i brud. 22 sztuki plastrów o różnej wielkości.
FOOT CARE - HEELS & TOES – plastry które, pochłaniają wilgoć ze skóry i tworzą ochronną poduszkę, która zapewnia natychmiastową ulgę od nacisku i bólu. Badania wykazały, że rany goją się szybciej w optymalnym środowisku. Takie środowisko zapewnia szybsze gojenie się ran i zmniejsza ryzyko powstawania blizn. Plaster jednocześnie zapewnia dostęp powietrza do skóry i chroni przed zabrudzeniem.
spray dezynfekujący rany


Dla moich znajomych, tych szczególnie aktywnych plastry ATHLETIC Active Heels z dodatkiem aloesu, które miały przynieść im ukojenie bez ograniczeń aktywności.  Czy dały?
Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć jedno.  Z plastrami, bandażami zwykle jest tak, że zawsze kiedy są potrzebne to najzwyczajniej właśnie się skończyły. A gdy już są, z pewnością nie są zdaniowe, a po prostu jedne – uniwersalne do wszystkiego. U mnie w domu ma to szczególne zastosowanie. Kiedy ostatnio skaleczyłam się nożem w kuchni i przykleiłam plaster moja dwuletnia córeczka zakomunikowała, że też ją boli paluszek, ma kuku no i trzeba okleić. Efekt – plastry u nas to towar deficytowy, a jeśli już jakieś się pojawiają to te na rolce, bez opatrunku. Zdecydowanie nadszedł czas by to zmienić!


Na co powinniśmy zwrócić uwagę wybierając plastry do apteczki. Przede wszystkim nie ma tu co oszczędzać. Wiem, powiecie – ale to tylko plaster. No niby tak. Ale  nie warto kierować się tutaj ceną, bo może okazać się, że przy zdejmowaniu będziecie krzyczeć niczym kobiety depilujące się woskiem. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Plaster powinien się kleic , dobrze trzymać ale łatwo i szybko zdejmować. Co ważne powinien przy tym „oddychać” nie ma nic gorszego niż grzanie rany pod folią, bez powietrza. No i z punktu widzenia wygody dobrze gdyby był  wodoodporny. Czemu to ważne? Bo kiedy tak jak ja skaleczysz palec nie zajdzie potrzeba by zużyć całe opakowanie, za każdym razem kiedy myjesz ręce. Poza tym woda, ta brudna nie będzie miała jak dostać się do narażonego miejsca. Warto także dobrać odpowiedni kształt. Plaster wtedy nie będzie się suwał, zadzierał i ochroni tylko to miejsce, które naprawdę tego potrzebuje.


Sami widzicie, że ten z pozoru prosty zakup wcale taki nie jest. Dodatkowo dla dzieciaków warto skusić się o zakup plastra w kolorach tęczy. Nasze Salvaquick Kids z kolorowymi krabami, nie tylko ochroniły zranione kolano ale także odwróciły uwagę od bólu. Krew, otarcia są dla malucha już wystarczająco stresującym przeżyciem. Warto więc, je umniejszać i umilać drobiazgami.
A kiedy już o dzieciach mowa, to podczas dezynfekcji rany często okazuje się że nawet dwumetrowy facet ma w sobie dziecięcą wrażliwość. Szczypanie wody utlenionej sprawia, że i na moim ciele pojawia się gęsia skórka ze strachu. To mój najmniej lubiany moment . Salvequick pomyślało o tym i opracowało wodę dezynfekującą, która odkaża ale nie szczypie, nie podrażnia, jest po prostu przyjemna w użyciu. Rozpyla się jak zwykły dezodorant w sprayu więc sprawdzi się na górskich szlakach i wszędzie tam gdzie zabiegi higieniczne są utrudnione.


W tej kampanii zdecydowanie moim i moich znajomych faworytem okazały się plastry na otarcia. Jak wspominałam na początku, jestem z tych co niemal w każdym obuwiu narażają się na pęcherze, otarcia, krwawienia. Tu wystarczyło że tuż na samym początku tworzenia się pęcherza przykleiłam plaster. Nic więcej. Zaraz po naklejeniu powrotem mogłam wskoczyć  w moje ulubione buty, z tym że już wygodniej, w pełni komfortowo. A plaster utrzymywał się na skórze tak długo aż rana się całkowicie zagoiła. Z tym ostatnim poszło szybko, bo plastry zadaniowe wspomagają gojenie- istna magia w plasterku.
W moim domu i poza nim plastry Salvequick zdały egzamin wzorowo. Mnie nauczyły, że zawsze powinnam mieć je pod ręką i nie kupować tych uniwersalnych, bo to co do wszystkiego jest do niczego!
Tego lata z pewnością nie będziemy spędzać w domu, wyposażeni w Salvequick (tak na wszelki wypadek) biegniemy ku przygodzie! Niech będzie wyjątkowo!


Czytaj dalej »

Czy Philips Lumea BRI956 to spełnienie marzeń o bezbolesnej depilacji?

30 kwi 2017

Niespełna rok temu pisałam Wam tutaj  o moim marzeniu dotyczącym depilacji. Mimo, iż depilatora używam i jestem 
z niego zadowolona chciałam przetestować i sprawdzić efekty bezbolesnej i przyjemnej depilacji światłem. Dzięki trnd miałam możliwość przetestować w ostatnim czasie urządzenie Philips Lumea model BRI956 i mogę podzielić się z Wami swoimi odczuciami. 


O depilacji światłem czytałam wiele - jest bezbolesna, zabiegi wykonuje się nawet co 8 tygodni, szybko się ją przeprowadza, a od niedawna można ją wykonywać w domu. Nie da się obok takich obietnic i zalet przejść obojętnie. Problemem, który jednak dla mnie był nie do przeskoczenia i stał się główną przyczyną nie posiadania tego urządzenia przedstawiał się ceną. Obecnie wartość modelu BRI956 to około 2500 zł. To sporo. I to właśnie ta cena zrodziła w mojej głowie pytanie: czy warto inwestować w taki sprzęt tyle pieniędzy? Zanim odpowiem na to pytanie, opowiem Wam 
o moim pierwszym spotkaniu z Lumeą. 
Po wyjęciu jej z pudełka czułam się trochę jak w bajce rodem z kosmosu. Lumea wygląda bowiem jak broń przyszłości 
i trochę nią jest. Jej wrogiem były małe i duże włoski na moim ciele. A że Philips to firma nastawiona do świat pokojowo to zamiast amunicji, zwalczałam je całkowicie bezboleśnie - światłem! 


W nowym wydaniu (BRI956 to model udoskonalony) Lumea posiada 3 dodatkowe nakładki. Każda z nich przeznaczona jest do specjalnych obszarów ciała, tak by zabieg był, jeszcze skuteczniejszy. Końcówki pachy, bikini i twarz różnią się wielkością okienka i filtrem jaki został w nich umieszczony. 
Zanim przystąpiłam  do pracy z Lumeą zainstalowałam na telefonie specjalną aplikację. To ona stała się strażnikiem moich zabiegów. Po wybraniu modelu oraz zabiegów pilnowała dat, tak bym nie przeoczyła depilacji. Przydało się to niesamowicie. Dwa tygodnie mijają tak szybko, że nie łatwo pamiętać, że to już nadszedł dzień kolejnego zabiegu. 


Na początku zabiegi z urządzeniem Lumea stosuje się równocześnie z tradycyjną depilacją. Dlaczego tak się dzieje. Lumea swoim światłem trafia do cebulki włosa i osłabia ją tak, że włos jest słabszy, rośnie wolniej, aż pewnego dnia nie pojawia się wcale. Zanim jednak to ostatnie nastąpi potrzebne jest kilka zabiegów. By dotrzeć do samej cebulki najlepiej używać światła bezpośrednio na cebulkę czyli po depilacji. To właśnie ten opis sprawił, że uważałam że Lumea się nie sprawdzi. Po pierwszym zabiegu przecież nic się nie zmieniło. 



Samo stosowanie Lumei było zaś banalnie proste. Przypominało mi trochę suszarkę do włosów. Po włączeniu słychać nawet podobny szum. Jednak panel przycisków zamieszczony na górze daje nam do zrozumienia, że to coś zupełnie innego. Przeczytałam więc instrukcję i wzięłam się za zabieg. Najpierw wykonałam test skóry, który miał dobrać odpowiednią moc błysku. Po przyłożeniu do skóry urządzenia i kliknięcia lupy to wyszukało jaka moc światła przyniesie najlepszy efekt. W moim przypadku był to poziom 5 na całym obszarze ciała. W przypadku nóg był to dobór odpowiedni. Nic nie bolało, zabieg był szybki i przyjemny. Po zmianie końcówki, na tę do pach, nie było już tak przyjemnie. Mimo, że test wskazywał intensywny zabieg okazało się, że po naświetleniu z taką mocą odczuwałam pieczenie. Koniecznie było więc zmniejszenie siły światła. Lumea pozwala na szczęście wybierać także poziom manualnie. Wszystko to z myślą o nas, byśmy zabieg przeprowadzały jak najbardziej komfortowo. 


Pierwsze zabiegi tak jak zakładała instrukcja wykonywałam  dwa tygodnie. Tak jak pisałam po pierwszym z nich nie było różnicy. Po drugim zauważyłam drobne zmiany. Włoski na nogach odrastały już tylko w niektórych obszarach. Pachy i bikini pozostały bez zmian. W poradniku załączonym do urządzenia wyczytałam, że warto w tym początkowym czasie ograniczyć również tradycyjną depilację. Ponieważ pogada sprzyjała przychyliłam się ku temu rozwiązaniu. Po trzecim zabiegu byłam już zaskoczona. Włosków odrosło zdecydowanie mniej. Na nogach pojawiły się już tylko w niektórych miejscach. Pod pachami były ale już bardzo słabe, to samo w okolicach bikini. O nakładce do twarzy niestety nie mogę się wypowiedzieć. Nie nie miałam potrzeby jej używać, ale myślę, że jest ciekawym rozwiązaniem dla tych kobiet które walczą z wąsikiem. Osłabianie włosków tutaj z pewnością jest lepsze niż ich skracanie i wzmacnianie.
Przede mną zabieg numer 4 i wiążę z nim duże nadzieje. Jednocześnie obserwując efekty jestem w stanie uwierzyć w obietnicę producentów, że Lumea po 5-6 zabiegach jest wstanie zapewnić mi gładkie ciało na całe 8 tygodni. 
Czy jednak mimo tych zalet warto zainwestować pieniądze w Lumeę? Z wyliczeń specjalistów Philips wynika, że Lumea wyzwala błyski pozwalające jej obsłużyć jednego użytkownika zapewniając efektowne działanie przez 20 lat. Postanowiłam więc sprawdzić jej cenę porównując ceny zabiegów jakie wykonywałabym innymi metodami w tym okresie czasu. 
Gdybym goliła się tradycyjną maszynką musiałabym kupić przynajmniej 4 jednorazówki na miesiąc, 1 piankę na 3 miesiące no i zużyłabym wodę. Za maszynki zapłaciłabym w tym okresie 1920 zł (zakładam, że płacę 2 zł za sztukę), za piankę 1200 zł (15 zł opakowanie)... . Kosztu wody nie muszę już chyba dodawać i tak kwota przekracza 3000 zł więc jest zdecydowanie wyższa od Lumei
Z kolei gdybym wybrała depilator to myślę, że musiałabym go wymieniać co dwa lata. Depilator ze średniej półki kosztuje około 250 zł. W okresie działania Lumei wydałabym więc 2500 zł. 
W tym ostatnim zestawieniu zatem koszty są zbliżone, choć depilator wyszedł tutaj ciut taniej biorąc pod uwagę fakt początkowej dwutorowej depilacji w przypadku Lumei. Mimo, to za Lumeą przemawia jednak to, że jest to całkowicie bezpieczny i bezbolesny zabieg. Choć obecnie używam depilatora i jestem z niego zadowolona, nie mogę powiedzieć, że używanie go nie boli, że skóra się przyzwyczaja i odczucia przy zabiegu są mniejsze. Lumea pod tym względem zdecydowanie przoduje. 


Choć nie piszę o wadach to Lumea nie jest od nich w pełni wolna.  Mimo tego, że jest to drogie urządzenie uważam że nie do końca dało się je dopracować. Ładowarka Lumei to prawdziwa cegła. Byłam tym szokowana, bo Philips już od dawna zmniejszył gabaryty swoich ładowarek do minimum. Tutaj niestety klops! Z Lumeą więc w podróż raczej się nie wybierzemy. Choć kiedy już będziemy ją używać zaledwie raz na 8 tygodni może nie być takiej potrzeby. 
Mój test z Lumeą jeszcze się nie kończy. Dlatego też moje dalsze zmagania z nią będziecie mogli obserwować na Facebooku. Ale już teraz cieszę się, że mogłam ją poznać i wiem że warto odkładać na nią pieniądze. Z pewnością za parę miesięcy trudno będzie mi się z nią rozstać. Akcja trnd zakłada, że urządzenie po teście należy zwrócić. Co zatem zyskałam? Dla Ciebie napisałam recenzję bez cukru, a sama przekonałam się, że depilacja światłem to depilacja idealna, a BRI956 to moja pozycja numer jeden w liście do Świętego Mikołaja. Teraz pozostaje mi tylko bycie grzeczną:) 
Czytaj dalej »

W kuchni z sercem - Optima Cardio Potas +

13 mar 2017

Jedno na świecie jest pewne - wszyscy umrzemy! I mając właśnie, tę świadomość na uwadze staramy się robić wszystko, by żyć jak najdłużej. Budujemy coraz lepsze drogi, wysyłamy coraz więcej patroli policyjnych, wzmacniamy procedury bezpieczeństwa w obawie przed atakami terrorystycznymi. W między czasie w naszym kraju średnio co drugi człowiek umiera w wyniku chorób krążenia,co rocznie przekłada się na blisko 200 tysięcy zgonów. I choć te dane brzmią alarmująco  bardziej obawiamy się wymienionych na początku zagrożeń, niż udaru czy zawału. A przecież te pierwsze są zależne od nas w niewielkim stopniu, zaś drugie zdecydowanie są tylko i wyłącznie naszą zasługą.
Wśród moich znajomych, nie ma nikogo, kto nie miał by rodziny w Anglii. Problem ten dostrzegł rząd, bo co rusz słyszy się o programach dla powracających z emigracji Polaków. Wśród moich znajomych, nie ma też nikogo kto nie miałby w rodzinie kogoś, kto cierpi na nadciśnienie tętnicze czy też ma podwyższony cholesterol. O akcjach propagujących zdrowy styl życia i profilaktykę chorób układu krążenia słyszę zaś jedynie wtedy, gdy czuję potrzebę i sama wpiszę hasła do wyszukiwarki lub wykonam kilka telefonów. 
O tym, że powinniśmy zdrowo żyć wiemy wszyscy, Znamy te wspaniałe teorie o piramidzie żywienia, minimum 30 minutowej dawce ruchu, nieprzetworzonym jedzeniu, wartościowych tłuszczach itd. Jednak żeby zdrowo żyć, trzeba by coś ze sobą zrobić I to coś, o czym napisano masę książek przeraża tak bardzo, że nie jesteśmy wstanie pomóc sobie ani bliskim. Nie robimy więc nic.





Nawyków żywieniowych nie da się zmienić ot tak. A może inaczej - jest niewiele osób których motywacja i silna wola jest tak duża, że potrafią oni ot tak zmienić przyzwyczajenia. To jak z papierosami czy alkoholem - w naszym mózgu przez lata rysowało się coś, co ciężko wymazać w sekundę. Jeśli Wy lub ktoś z Waszej rodziny ma problemy z podwyższonym cholesterolem, cierpi na nadciśnienie tętnicze zacznijcie od małych rzeczy. Choćby od tego by chleb posmarować Optimą Cardio Potas +.
Optimę Cardio poznałam dwa lata temu. Nie miałam problemów z chorobami krążenia, za to moja, karmiona naturalnie córka miała skazę białkową. Optima jako jedyna na rynku miała skład, na który mogłam sobie pozwolić i który pozwolił mi przetrwać ten trudny okres. Pamiętam, że spodziewałam się jakiegoś chemicznego paskudztwa a zaskoczyłam fajnym roślinnym smakiem. Właśnie dlatego, gdy dowiedziałam się o akcji Optimy na Streetcom od razy się zgłosiłam. Tym razem postawiłam przed nią wyzwanie by pomogła moim bliskim, którzy genetycznie mają problemy z chorobą wieńcową.


Dziś Optima Cardio  różni się od tej po którą sięgałam. Występuje już w innych odsłonach. Ta z dodatkiem potasu  dodatkowo pozwala utrzymac prawidłowe ciśnienie krwi. Taka podwójna siła działania dla tych, którzy zaczynają swoją przygodę ze zmianami ku zdrowiu i to własnie ona przypadała mi do testu. 
Wiedząc, jak ważne są niewielkie zmiany, początkowo dosłownie przemycałam moim domownikom Optimę wszędzie tam gdzie było to możliwe. Ponieważ jest ona głównie wytwarzana z oleju rzepakowego miałam pełne pole do popisu. Zaczęłam od dodawania jej do smażenia, potem podawałam w kanapach. Różnica smaku była zauważalna ale całkowicie akceptowana. To cieszyło. Po dwóch tygodniach stosowania, przyznałam się do popełnionego czynu. Stało się to okazją do podjęcia tematów o zdrowiu, zmianie stylu życia, aktywności fizycznej. Moi domownicy, nadal byli nieprzychylni, ale już nie spotykałam się ze ścianą. Coś zaczynało się zmieniać. 
Mało kto, kto cierpi na nadciśnienie tętnicze czy też ma podwyższony cholesterol zdaje sobie sprawę, że może to wszystko odwrócić w naturalny sposób, Na początek wystarczy sięgać po żywność funkcjonalną, a więc taką która nie różni się smakiem, ani wyglądem od żywności tradycyjnej a jest wzbogacona o substancje bioaktywne np. sterole roślinne, które skuteczniej oddziałują na nasze zdrowie. Tak właśnie jest z Optimą Cardio Potas +, smakuje jak tradycyjna margaryna ale działa korzystnie na nasze zdrowie. Smarując nią chleb od pierwszego kęsa nie poczujemy różnicy, ale tak już po kilku dniach zaczniemy zauważać, że coś się jednak zmienia. Dodatkowo obecność potasu pozwala zachować prawidłowe utrzymanie ciśnienia tętniczego. Jego obecności też nie da się poczuć, ale po kilku tygdniach stosowania z pewnością da się odczuć

Po przeprowadzonym teście wyciągam następujące wnioski: Moi domownicy, nie zaprzestali spożywać środków farmakologicznych na nadciśnienie, z cholesterolem nadal mają problemy. Zmiejszyła się jednak dawka leków, cholesterol jest coraz bliżej prawidłowego poziomu, a oni sami doszli do najcenniejszej lekcji - można coś zmienić kiedy się chce, i nie trzeba zaczynać od rewolucji w swoim życiu. Małymi krokami można wprowadzać zmiany trwale. Sporty, dieta bogata w zdrowe tłuszcze, ograniczenie palenia... Pojawiło się światełko w tunelu. 
Wiem, do pełni szczęścia jeszcze długa droga, ale fakt, że wszyscy uciekamy statystykom napawa optymizmem.

Choroby układu krążenia dotykają już nie tylko "wapniaków", ale coraz częściej ludzi w moim wielu, tuż po trzydziestce. Stres, pęd życia, śmieciowe jedzenie i facebookowy siedzący tryb życia nie pomagają nam żyć długo i szczęśliwe. Warto, więc każdego dnia zadać sobie pytanie - co mogę dzisiaj zrobić dla swojego zdrowia i dokonując optymalnych wyborów dokonać niewielkim nakładem, wielkich zmian!  To proste jak bułka z Optmą Cardio Potas +!
Czytaj dalej »

"Zasługujesz na sukces", bo droga na szczyt jest łatwa

20 lis 2016

Na sukces wszyscy jesteśmy łasi. Taka już ludzka natura i choć dla każdego z nas, oznacza on co innego to jedno jest niezmienne - przekonanie, że by go osiągnąć trzeba być bogatym, mieć wpływową rodzinę, znajomości lub po prostu ...szczęście. A jeśli już uzbrojeni w chęci i determinację postanowicie jednak wyruszyć w drogę na szczyt i od bliskich osób usłyszycie, że to porywanie się z motyką na Słońce, śmiało sięgnijcie po książkę "Zasługujesz na sukces" Kamili Rowińskiej i łapcie wiatr w żagle.


Kamilę "poznałam" za sprawą książki "Kobieta niezależna" i choć nie zakochałam się w niej od pierwszego przeczytania, to była mi od początku bliska. Może dlatego, że jej historia i zapał przypomina mi losy kogoś znajomego, może dlatego, że podobnie jak ja, kocha i inspiruje się ludźmi, a może zwyczajnie powodem jest to, że jest kimś, kim zdecydowanie chciałabym być?
Książek o podobnej tematyce przeczytałam w ostatnim roku cała masę. Wychodziły one głównie spod pióra autorów zza oceanu i każda z nich była dla mnie cenną lekturą. Pozostawiały jednak wrażenie, że opisują jakiś "american dream", a nie zwykłe życie. Na tym tle książka Rowińskiej się wyróżnia. Kamila jest autentyczna, niczym koleżanka z sąsiedztwa, a jej historia jest niezbitym dowodem na to, że sukces można osiągnąć w naszym kraju, że nie jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn, a pierwszy milion zamiast kraść można zarobić. Oczywiście od razu zaznaczę, że po przeczytaniu tej książki, ani mi, ani nikomu z Was nie przybędzie zer na koncie, a nazwisko nie zacznie przewijać się na pierwszych stronach gazet. O nie! Cenna lekcja, jaka płynie z tej lektury jest jednak warta poświęcenia "odrobiny" czasu.


"Zasługujesz na sukces" czytałam około miesiąca. Nie dlatego, że Kamila nie ma lekkiego pióra, czy nie potrafi zaciekawić czytelnika. Wręcz przeciwnie! Mogłabym przeczytać książkę w jedno popołudnie, ale to nie miałoby najmniejszego sensu. To po prostu nie jest zwykła pozycja, którą się czyta i zapomina. "Zasługujesz na sukces" to prawdziwe warsztaty na papierze. Pełne ćwiczeń, zadań do wykonania i przede wszystkim spraw do przemyślenia. Dzięki tej formie Kamila wyciska z czytelnika prawdziwe 100% i odkrywa przed nim nowe możliwości.
Nie jest to też łatwa lektura, której czytanie to czysta przyjemność. Choć autorka, jak na zawodowego coacha przystało mocno w niej motywuje to jednak nazywa wiele rzeczy po imieniu, wiele zachowań, postaw krytykuje, a to nie jest łatwe do przełknięcia. Przy tym wszystkim ciągle jednak podkreśla, że możesz osiągnąć sukces i to wcale nie jest trudne. Ale kiedy się zdecydujesz licz się z ceną, którą przyjdzie Ci za niego zapłacić. Jaką? To zależy od tego, co dla Ciebie jest sukcesem...


A właśnie! To z pozoru łatwe pytanie autorka zadaje czytelnikowi już na pierwszych stronach książki. Banalne prawda? Też tak myślałam. Jednak okazało się, że na tym prostym pytaniu i 6 innych pomocniczych totalnie poległam. Kamila uświadomiła mi, jak ważne jest już na samym początku określenie tego do czego zmierzamy. Pamiętacie powiedzenie "marzenia się spełniają, musisz tylko uważać o czym marzysz"? Tak samo z sukcesem. Określ go, wiedz o czym marzysz i konsekwentnie kieruj się do celu.
Na kartach książki Kamila rozłożyła sukces na czynniki pierwsze. Opisała swoją historię, udowodniła, że niezależnie od tego z jakiej pozycji starujesz, masz szansę znaleźć się na szczycie. Pokazała jak się zorganizować, prezentując karty ze swojego kalendarza, obnażyła zawartość swojej lodówki i zmotywowała pokazując 9 innych ludzi sukcesu jednocześnie dowodząc, że nie jest wyjątkiem od reguły. Ta ostatnia cześć książki - wywiady z ludźmi, którzy zarażają dobrą energia i pomysłami to prawdziwa wisienka na torcie! Dla kogoś takiego jak ja, kto takie wywiady może "jeść łyżkami" Kamila dorzuciła coś więcej - dwie płyty DVD z pełnym zapisem z rozmów. Siedziałam z notatnikiem, wypiekami na twarzy chłonąc każde słowo. I mimo, iż wcześniej poznałam te historie na kartach książki, po prostu nie mogłam się oderwać. To właśnie podejście za które Kamilę cenię - nie sama pusta teoria, nie mądrzenie się, że wszystko wiem najlepiej, a praktyka, motywacja, inspiracja...otwarty umysł.


Nie chciałabym w tym miejscu opisywać Wam tej pozycji. Kamila napisała ją po mistrzowsku i niech tak zostanie. Jestem pewna, że lada moment książka stanie się bestsellerem! Bardzo mnie to cieszy. I choć tytuł sugerowałby, że książka najbardziej przyda się tym, który mają lub planują własny biznes, tym który sprzedają produkty,usługi to tacy czytelnicy jak ja którzy "wierzą, że czeka ich specjalna misja" wyniosą z niej wiele cennych wskazówek.

Czytaj dalej »

Jeśli jogurt to naturalnie z dodatkami. Zott Natur z dodatkami.

17 lis 2016

Walka z przyzwyczajeniami to najcięższa bitwa jaką przychodzi nam toczyć. Sami sobie jesteśmy wyznacznikiem 
i strażnikiem celu. Niektórzy lubią rygorystyczne zmiany - mówią - " od dzisiaj nie będę jadła słodyczy"-  i przestają, inni stopniowo dążą do sukcesu. Kiedyś byłam w tej pierwszej grupie, ale zauważyłam, że kiepsko mi to wychodzi. Przez parę pierwszych dni byłam rozdrażniona, wściekła, a w późniejszych rozgrzeszam się od nowa, zaczynając już od małych dawek aż po... no właśnie... pełne popłynięcie. Dlatego, od niedawna zabieram się do sprawy inaczej. Swoje nawyki żywieniowe zmieniam małymi krokami. A jak przejść z jogurtu owocowego na jogurt naturalny? Najlepiej z Zott Natur 
z dodatkami.


Jogurt Zott Natur z dodatkami to wszystko to, co najlepsze w jogurcie naturalnym z dodatkiem Twoich ulubionych przysmaków zamkniętych w oddzielnym kubku. Tę nowość miałam okazję przetestować wraz z rodziną i przyjaciółmi 
w ramach najnowszej kampanii TRND.pl.
Sam w sobie Zott Nature, nie był dla mnie nowością. Towarzyszy mi w kuchni od niepamiętnych czasów i jest moim sekretem idealnego sosu czosnkowego. Nie za gęsty, nie za wodnisty jego konsystencja jest idealna i daje całą masę możliwości podania. Co ciekawe, jest to jogurt naturalny całkowicie pozbawiony cukru. Dziwicie się? Tak, bo producenci lubią cukier sypać wszędzie, nawet do produktów, po których byście się go nie spodziewali, tak jak własnie w jogurtach naturalnych. Jednak mimo, iż moje nawyki żywieniowe modyfikuje już od dawna, dużo czytam, analizuję to jednak wciąż Zott Nature widzę jako dodatek a nie oddzielny posiłek. Kiedy wybieram jogurt do pracy kończy się na tym smakowym, 
a tam wiecie sami - kopalnia cukru...


Zott Nature z dodatkami jest czymś czego szukałam. Czymś pomiędzy jogurtem owocowym a naturalnym. Mając swoje ulubione dodatki w oddzielnym kubeczku sama decyduję w jaki sposób je zjem (lubię dżemik jagodowy zajadać na waflach ryżowych i przegryzać jogurtem), ile dodatków wyląduje w jogurcie a ile zostawię. I to ostatnie jest właśnie istotne z mojego punktu widzenia. Bo stosując metodę odejścia od owocowego wkładu, powoli mogłam ograniczać ilość łączonego dodatku. I wiecie co? jestem już bardzo blisko.
A jakie dodatki można znaleźć w tym pierwszym na rynku jogurcie naturalnym z dodatkami? Ano takie, które zaspokoją nawet najbardziej wymagające gusta smakowe:
- z musli czekoladowo - bananowym
- z musli tropikalnych
- z musli orzechowym
- z musli miodowym
- z soczystymi wiśniami
- ze słodką jagodą
- z rajską brzoskwinią
- ze słoneczną truskawką.


Nie miałam okazji podczas tego testu spróbować żadnej wersji z musli nad czym ubolewam, bo czytając skład tego tropikalnego z trudem uniknęłam ślinotoku. Niestety producent za słabo rozprowadził jogurty po sklepach i tak, choć w książce ambasadora miałam nazwy sieci współpracujących podane na tacy to okazało się, że na półkach albo nie było jogurtów, albo były tylko wersje owocowe. Logistyka zawiodła, ale produkt wręcz przeciwnie. 
Rozwiązanie Zott bardzo mi przypadło do gustu. Jako mama również dostrzegam w nim potencjał wprowadzenia zmian w konsumpcji jogurtów moich dzieci. Moje córeczki uwielbiają kiedy coś się dodaje, coś przesypuje, że mogą coś choć po części przygotować same. I mimo, iż wiem, że w drugiej części cukier znajdę to jest to z pewnością lepsza alternatywa niż jogurty z kolorowymi cukierkami z ulubiona postacią z bajki.



Jeśli podczas następnych zakupów, staniecie przed dylematem owocowy albo naturalny i przy tym drugim zrobicie skwaszoną minę, przypomnicie sobie ten post i to, że macie przecież alternatywę - Zott Nature z dodatkami jest przecież tym czego szukacie. 


Czytaj dalej »

Gierki małżeńskie dozwolone !

7 paź 2016

W małżeństwie wiadomo, bywa różnie. Pewnie dlatego większość bajkopisarzy kończy swoje opowieści słowami "i żyli długo i szczęśliwie", okrywając zmową milczenia  wszystko to, co bajkowe już nie jest. Bo prawdziwe małżeństwo
z baśnią ma niewiele wspólnego. To trochę taka gra w której nie ma wygranych:P albo przegranych, zależy jak kto trafi. Niemniej jednak kiedy już powiedziało się A trzeba powiedzieć B i wytrwać w nim możliwie najdłużej i najlepiej! Tej jesieni dla wszystkich ogarniętych rutyną par i tych którzy w najbliższych planach mieli wspólna terapię mam jedną radę -  by znaleźli wieczór i zaprosili drugą połówkę albo znajome pary na niewinne "Gierki małżeńskie" od MDR.



Gra "Gierki małżeńskie" to najlepsza gra, dla par w jaką przyszło mi kiedykolwiek grać. Nie przesadzę też, twierdząc,
że tak jak przy narodzinach dzieci obdarowuje się je tomikami wierszy tak razem z aktem małżeństwa powinno wyposażać się nowożeńców w "Gierki małżeńskie". Już wyjaśniam dlaczego...
Zanim przejdę do opisu samej gry, na chwilę skupię się jeszcze na samym jej tytule. Gierki małżeńskie - któż z nas, ich nie stosuje nagminnie w związku. To one nadają smaczku wspólnemu życiu. By osiągnąć spełnienie swoich potrzeb, sprawić by kompromis był bardziej po naszej stronie sięgamy po różne narzędzia. Od pakietu 3xP - pilot, piwko, pizza po zakup drogich perfum czy biżuterii. W tej grze będziemy również korzystać z różnych metod by wygrać cenną nagrodę ... sprzątanie, gotowanie lub seks ...No jak sami widzicie grac jest o co, a tytuł gry napisało samo życie.


Rozgrywkę można przeprowadzić na dwa sposoby - opcja tylko we dwoje i ta dla maksymalnie 4 par. W obu przypadkach zasady są podobne. Na kartonowej planszy ustawiamy 4 rodzaje kart oraz pionki. Do dyspozycji otrzymujemy również tabliczki z sucho ścieralnymi flamastrami, klepsydrę odmierzająca całe 30 sekund czasu, tabliczkę do kręcenia butelką, żetony kupidyna (te dostaniemy za dobrze wykonane zadanie), żetony specjalne (seks, gotowanie, prasowanie, sprzątanie) oraz najlepsze - vouchery na 180 minut wykonywania czynności z żetonów specjalnych.
By rozpocząć rozgrywkę pionki ustawiamy na starcie i przesuwamy kolejno o jedno pole wykonując zadania z kart.
W wersji dla dwojga ona ustawia swój pionek z lewej strony planszy, on z prawej...w wersji dla par ustawiamy pionki parami. Do wykonania mamy 4 kategorie zadań - znamy się, skojarzenia, kalambury i między słowami.


Pierwsza z nich to prawdziwe wyzwanie dla par. Ha nie jedna para z powodu nieznajomości odpowiedzi na pytania z tej kategorii się rozeszła...nie grając oczywiście. Serio! Bo ilu z Was pamięta jaki on nosi rozmiar kołnierzyka czy jak miał na imię jej pierwszy chłopak? Sięgając po tę grę można oszczędzić sobie stresu i podczas zabawy utrwalić to i owo. Ale spokojnie są też w tej kategorii łatwiejsze zadania jak np. wybór odpowiedzi spośród zaproponowanych. Tu przynajmniej mamy 33% szans na trafienie w odpowiedź partnera lub partnerki. Trudnością za to jest czas...na odpowiedź mamy zaledwie 30 sekund, zatem musi się obyć bez telefonów do jej, jego przyjaciela.



Kolejny rodzaj kart stawia przed nami zabawę w skojarzenia. Losujemy kartę z rysunkiem Andrzeja Mleczki i w czasie odmierzonym przez klepsydrę wypisujemy maksymalnie 6 skojarzeń jakie przychodzą nam do głowy na widok obrazu. Żeton otrzymujemy wtedy, gdy nie jedno a aż dwa skojarzenia się pokryją. Wydaje się łatwe, ale wierzcie mi na słowo że takie nie jest. Ta konkurencja jest świetnym dowodem na to, że choć znamy się jak łyse konie to jednak jedno z nas jest z Marsa a drugie z Wenus.


Następną kategorią jest kalambury. Zasad chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Losujemy kartę na której znajdują się tytuły filmów, przysłowia i pozycje miłosne i kręcimy butelką, która wybiera za nas zadanie. Uwielbiam tą konkurencję. Może jestem trochę złośliwa, ale już samo patrzenie jak moja druga połowa "rysuje" sprawia że padam ze śmiechu.



Ostatni typ kart to zadanie "między słowami". Chodzi w nim o to by naprowadzić partnera słowami do odgadnięcia wylosowanego hasła. Trudnością jest dodatkowa lista 5 słów, których użyć przy opisie nie można, tak samo jak nie należy używać rąk, dźwięków naśladowczych. Nie jest to łatwe zadanie i oczywiście tutaj również zagwarantowane są niekończące się pokłady śmiechu.
Grę wygrywa ten, kto po przejściu całej planszy przez wszystkich graczy uzyskał największą ilość żetonów. W rozgrywce dla wielu par wygraną jest już samo to, że jesteśmy lepsi od innych, zaś w tej dla dwojga nagrodą jest możliwość zakręcenia butelką by wskazała jaki voucher wygrywamy. Achh 180 minut prasowania przez męża to marzenie każdej kobiety!:)


Opisując grę nie można pominąć, tego że została wzbogacona o genialne satyry jeszcze genialniejszego Andrzeja Mleczki. Starając się być obiektywna (Mleczkę uwielbiam i nawet popełniłam pracę magisterską na temat jego twórczości) z każdą rozgrywką zastanawiałam się czy fenomenem jest super pomysł gry czy dopełniona satyrami dopiero zyskała na atrakcyjności. Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie. Nie potrafiłam tego rozdzielić i za długo skupić. Po prostu dobrze mi się grało, a salwy śmiechu uniemożliwiły logiczne wyciąganie wniosków.
Całość jest tez świetnie dopracowana pod względem wykonania. W kartonie znajdziemy wszystko co jest potrzebne nie tylko do zagrania ale i do przechowywania gry w ładzie i porządku. Wszystkie elementy wykonane zostały solidnie i gra
z pewnością przetrwa wiele rozgrywek. To ważne, bo zdarzało mi się kupować kilka gier dla dzieci, których cena i jakość wykonania nie szły w parze.
Na koniec powiem tylko tyle - jeśli szukacie sposobu na przyjemne spędzenie jesiennych wieczorów w domu z druga połową, chcecie przestać rozmawiać o kupkach i pieluszkach podczas spotkań z przyjaciółmi lub szukacie idealnego prezentu na ślub czy rocznicę nie zapominajcie o tej grze. "Gierki małżeńskie" są w tym sezonie obowiązkowe!


Konkurs:

Ponieważ wiem, że nabraliscie ochoty by rozegrać "Gierki małżeńskie" mam dla Was małą zabawę. Na zaprezentowanej planszy rozrysowałam nazwę pozycji miłosnej, zgadniecie której? Swoje odpowiedzi wpisujecie pod tą notką
w komentarzach do 15.10. Sposród prawidłowych odpowiedzi wybiorę zwycięzcę, który otrzyma od MDR Dystrybucja "Gierki małżeńskie". Do dzieła!!


WYNIKI KONKURSU:

Trochę mi ulżyło, bo zgadliscie bez większego trudu, mimo tego, że do Mleczki mi daleko:P . Oczywiscie chodziło o pozycję "odwrócony helikopter" i taka odpowiedź padła wielokrotnie, co mnie ogromnie cieszy:))
Czas jednak wyłonić zwycięzcę...
...
...
Tym razem wygrywa ....
Bartek B.

Gratuluję i proszę o kontakt


Czytaj dalej »

Doktor euGeniusz przegania dzieciaki sprzed monitorów

26 wrz 2016

Jesień to pora roku, która kojarzy się ze szkołą, egzaminami i deszczem podczas którego dzieci lubią się nudzić. Dni stają się krótsze, kalendarze wypełniają się terminami, a rodzice zostają poddani największemu wyzwaniu - znalezieniu odpowiednich atrakcji, by twórczo i kreatywnie ten czas minął całej rodzinie. Najłatwiej byłoby oczywiście wręczyć dziecku tablet czy smartfon, a samemu oddać się przyjemności picia kawy w towarzystwie fajnej książki. Jednak idealne matki - takie jak ja (a co!) dróg na skróty nie akceptują, toteż szukają, szukają ...aż wreszcie trafiają na pewnego doktora, który jak się okazuje ma receptę na świetną zabawę. I to nie tylko jesienią. Sesje u dr Eugeniusza od Dumel śmiało można rezerwować na cały rok.




Doktor Eugeniusz od Dumel Discovery to kolejna zabawka z edukacyjnej serii, przeznaczona dla dzieci od 5 roku życia. Jak przystało na zabawki marki jest wykonana z dobrej jakości plastiku, który wytrzyma liczne upadki, przewożenia
i zainteresowanie całej masy dzieciaków. Jeśli znacie Magic Jinn`a to gabarytowo Eugeniusz bardzo się do swojego kolegi upodobnił.
Gra ma postać sympatycznego doktorka, naukowca laboratoryjnego, który ma dla nas nie lada wyzwania. Zabawa z Eugeniuszem nie wymaga instrukcji. To on tutaj jest szefem i to on wykłada kawę na ławę prowadząc całą rozgrywkę. Jesteście ciekawi na czym polega zabawa? Przede wszystkim potrzebna nam drużyna od 2 do 10 osób. Oczywiście im więcej tym lepiej, ale gra w duecie tez gwarantuje świetnie spędzony czas. Eugeniusz zadaje jedno ze swoich pytań, na które należy odpowiedzieć. Kiedy odpowiedź pada naciskamy głowę staruszka i na to samo pytanie odpowiada następny gracz i następny... Kojarzy Wam się to z czymś? O tak, mi tez przypomniała się od razu znana wszystkim "Familiada", a konkretnie jej finał. Tu też odpowiedzi nie mogą się powtarzać i to własnie sprawia, że niepozorna zabawa staje się nie lada szaradą dla małych i dużych. 10 unikalna odpowiedź to już przecież nie lada wyczyn. Za powtórzenie, błąd lub niezmieszczenie się w czasie Eugeniusz obdarowuje nas zerem.


Przegrywa ten gracz, który w rozgrywce zer zbierze najwięcej. By gra się szybko nie znudziła staruszek przygotował więcej atrakcji - zabawa ma aż około 500 unikalnych pytań, byście nie mogli łatwo się ich nauczyć i odpowiadać z automatu, a do tego prowadzący lubi często w grze namieszać i ustalić zupełnie nowe zasady np. za błędną odpowiedź karze nam oddać zero zawodnikowi obok. Zabawa z Eugeniuszem jest wiec naprawdę nieobliczalna i jak mówi moja córka - szalona jak doktorek!


Producenci starali się dopracować zabawkę w każdym szczególe dlatego, też kiedy trzeba doktor chętnie powtórzy zadawane pytania, a gdy będziecie pękać ze śmiechu, możecie śmiało wcisnąć pauzę, by uniknąć wysypu zer. Średni czas rozgrywki to około 10 minut. Naszym zdaniem idealny - kiedy coś nas goni można zagrać raz, innym razem urządzić sobie maraton rozgrywek.
Gra dr Eugeniusz świetnie się sprawdza w naszym domu i rzeczywiście stała się dużą konkurencją dla tabletu oraz smartofna. Choć córka jeszcze nie ma 5 lat, znakomicie sobie radzi z pytaniami, z którymi nawet my - staruszkowie mamy nieraz problem. Bez grama słodzenia powiem, że super się bawimy z Eugeniuszem wszyscy. Jest jednak coś co można by ulepszyć i jak znam Dumel z pewnością lada dzień coś na to poradzi - mianowicie przydałoby się coś  na spięcie piankowych zer. Tak by dotrwały wszystkie do następnego razu.
Jeśli szukacie ciekawego sposobu na spędzanie wolego czasu mądrze, rodzinnie i domowo umówcie się z doktorem Eugeniuszem na małą partyjkę. Z pewnością nie będziecie żałować!

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia