Jak Peppa ratuje nasze wakacyjne podróże i pochmurne dni

16.08.2016

Jako dziecko uwielbiałam wakacje! Zabawy, brak obowiązków, masa czasu spędzana na świeżym powietrzu i wspólne wyjazdy z rodzicami. Tak! Na wakacjach mogłabym być cały rok! Lubiłam kreatywne zabawy jakie podsuwała mi mama. Do dziś we wspomnieniach mam taki obrazek - ja w dużym pokoju na materacu dmuchanym, z soczkiem 
z parasolką (nie wyskokowym:P) przy otwartym balkonie za którym burza z piorunami, rozwiązuje "Supełka". Nieco inaczej odbieram wakacje już jako mama. Odkąd ponownie wróciłam do pracy, czas letniej przerwy nazwałabym radosnym maratonem. Niby wszyscy jesteśmy razem, przez większość czasu, super się bawimy, ale organizacja opieki dla dzieci, atrakcji, domowe obowiązki i praca windują całość na high level. Trzeba się mocno napracować zanim wieczorem idąc do sypialni odpali się zasłużone game over. Bez małych pomocy, nie dalibyśmy sobie rady. W tym roku, nasze wieczory oraz podróże autem są wspierane przez Świnkę Peppę, która zabawia i uczy nasze dziewczyny.





Świnka Peppa - Uczymy się pisać to udana nowość od wydawnictwa Media S Zawada. Książeczka z grubego kartonu została wykonana w taki sposób, by ucząc się wraz z Peppą, można było po niej pisać i ćwiczyć. A ponieważ wszyscy uczymy się na błędach, to co się nie udało łatwo i szybko daje się zetrzeć specjalną końcówką skrytą w skuwce mazaka dołączonego do zestawu.

 Kiedy pierwszy raz sięgnęłam po tę pozycję nie do końca byłam do niej przekonana. Myślałam, że nadaje się dla nieco starszych dzieci, niż moja 4,5 letnia córka o młodszej (1,5 roku) nie wspominając. Co prawda córka sama przejawia chęć uczenia się literek i z zapałem i dumą wypisuje "MAMA" i "TATA" na wszystkich swoich pracach. My jednak staramy się nie naciskać.


Podsuwając jej książeczkę o Peppie byłam zaskoczona. Pozycja spodobała jej się tak bardzo, że sporo czasu poświęciła prowadząc pisak po szarych śladach. Obserwując jej zabawę nabrałam pewności, że jest to fajny sposób by dziecko w wieku mojej córki ćwiczyło rączkę. Oczywiście nie będę Was czarować, że córka wykonała wszystkie zadania. Zrobiła tylko te łatwiejsze. W książce poziom trudności jest różny. Zaczynamy od słów, a kończymy na zdaniach. Literki piszemy w kratkach oraz liniach podobnie jak w szkole. Szare ślady widoczne są tylko na kawałku kartonu, dalej pozostawiono miejsce na prace "bez wspomagania". U nas na nie zdecydowanie za wcześnie, dlatego to miejsce wykorzystałyśmy na kreatywną zabawę, tworzenia własnych ilustracji. Kiedy córka będzie gotowa, na wyższy poziom po prostu zetrzemy nasze dzieła.

Ze zdziwieniem podczas podróży zauważyłam, że Peppa daje także pole do zabaw dla maluszków. Opisywane obrazki nadają się do nauki słów ale i do zabaw rysunkowych. Z bananem na ustach obserwowałam jak młodsza z zapałem artystki próbowała Peppie dorysować dłuższe nóżki i nowe oczy! To jedyna pozycja, po której może bez obaw pisać.

Książka wspaniale spisała się w aucie. Sztywność kartonu, sprawiła, że bez problemu można było po nim rysować podczas jazdy. Teraz zabieramy ją wszędzie.
Seria  Świnka Peppa - uczymy się pisać to bardzo ciekawy pomysł na przyjemną naukę pisania. Z ulubionym bohaterem wszystko przychodzi łatwiej i staje się zabawą a nie żmudnymi ćwiczeniami. Pozycja skierowana jest do dzieci rozpoczynających naukę, ale dzięki ciekawej formie i młodsze mile spędzą z nią czas!


KONKURS
Razem z Media S Zawada mam dla Was niespodziankę. Napiszcie,który z bohaterów książeczek wydawanych przez wydawnictwo jest najbliższy Twojemu dziecku (książki znajdziecie tutaj). Do wygrania 3 zestawy książeczek (po dwa tytuły). Odpowiedzi umieszczajcie pod postem w komentarzach. Bawimy się tydzień (do 23.08.2016r. do końca dnia) . Czas start!



Wyniki konkursu:

oraz anonimowy komentarz
No cóż mój synek jest wielkim fanem ,,STACYJKOWA" przyznam szczerze na początku podchodziłam do tej bajki bardzo sceptycznie (nie wiem czemu). Jednak po kilku przeczytanych książeczkach razem z synkiem kochamy tą bajkę do tego stopnia, że w domu mamy całą serię:). Dzięki takim książeczkom mój synek potrafi się wyciszyć i posiedzieć 20 minut u mnie na kolanach aby posłuchać przygód o ciufciach i morałach bardzo mądrych jakie płyną z tej szalenie bardzo prostej i przystępnej bajki dla dzieci. Synek jest takim fanem Stacyjkowa, że w domu wszystkie jego koszulki muszą być z ich postaciami. Dzięki takim bajkom wiem, że mój synek rozwija się prawidłowo i od małego uczy się prawidłowych wzorców w stosunku do drugiego człowieka.

Zwycięzców proszę o wysłanie danych adresowych na maila kobietawielozadaniowa@gmail.com

Follow my blog with Bloglovin
Czytaj dalej »

Infekcja intymna kontra Provag.

04.08.2016

Z reguły jestem dumna z tego, że jestem kobietą, że mam podzielną uwagę, wrażliwość, jestem matką, mam intuicję i...seksapil (a co!) Są jednak dni kiedy myślę innymi kategoriami. Bóle menstruacyjne i bieganie z tamponami wcale nie są przyjemne, porodu facet by nie przeżył, a do tego wszystkiego w najmniej odpowiednim momencie dopada nas infekcja miejsc intymnych. Same przyjemności! Ale nie byłybyśmy kobietami, gdybyśmy nie miały sposobu na wszystko. Mój ostatni nazywa się Provag i tego lata dziele go również z moją córką.


Kiedy zostajesz mamą, masz do spełnienia ważną misję. Kochasz , pielęgnujesz, uczysz, kierujesz, dzielisz się, tym co najlepsze. Każdego dnia wpajasz jak ważna jest higiena, tłumaczysz, że trzeba myć zęby , szczotkować włosy. O higienie okolic intymnych nie myślisz, bo i po co? Wystarczy woda z mydłem, a o niej mówisz przecież codziennie. Do specjalistycznych preparatów trzeba dorosnąć, dojrzeć wtedy łatwiej wytłumaczyć. Aż pewnego dnia, tak jak ja widzisz swoją córkę, która siedzi i wierci się przeokrutnie, a gdy się zatrzyma to tylko po to by iść do toalety. I przypominasz sobie, że nie ma znaczenia czy dziewczynka ma 18 lat czy tak jak moja 4, infekcje dotykają nas wszystkich niezależnie od wieku. A okresy letnie to idealny czas właśnie na tę przypadłość.

Jakiś czas temu widząc opisane wyżej objawy u mojego dziecka sięgnęłam po Provag, specjalistyczną emulsję do higieny intymnej, która teraz jest dostępna w wersji przeznaczonej dla kobiet i dzieci po ukończeniu 1 roku życia. 
Emulsja sprzedawana jest w opakowaniu 150 ml z wygodną pompka. Fakt, nie jest to opakowanie rodzinne i zaraz po wyjęciu go z pudełka byłam pewna że szybko się skończy. Preparat jest zaś na tyle gesty i pieniący, że do mycia wystarczy  nacisnąć jeden raz pompką. To zdecydowanie zmienia stopień wydajności, prawda?
Emulsja ma gęsta bezbarwną konsystencję o pięknym delikatnym zapachu (konwalii). Po jej zastosowaniu uczucie świeżości daje się poczuć od razu. Ale nie to jest najważniejsze. Dzięki metabolitom bakterii z rodzaju Lactobacillus ekstraktowi z aloesu, kwasowi mlekowemu, alantolinie i innym składnikom - nawilża, koi i łagodzi podrażnienia.

Efekty u mojej córki pojawiły się już po jednym dniu używania rano i wieczorem. Ulga była wyraźna a liczba wizyt w toalecie powoli się zmniejszała.  Od tamtej pory Provag stosujemy sukcesem codziennie i bez obaw korzystamy z basenu ! 
A Wy macie jakieś sprawdzone metody na infekcje intymne?

Czytaj dalej »

Colour Catcher - chusteczka ratująca pranie czy zwykły marketingowy chwyt?

26.07.2016

Zafarbowanie pranie to zdarzenie, które chyba każdy piorący ma na swoim koncie. I nie ważne czy jesteś perfekcyjną panią domu czy mężczyzną, który został zmuszony do samodzielnego prania swoich skarpetek (koszmar!) lub też maluchem próbującym pomagać mamie. Mi statystycznie zdarza się to raz w miesiącu. Mniejsze zło, kiedy piorę akurat rzeczy do noszenia po domu, gorzej gdy komputer wylosuje pranie moich wyjściowych strojów za ciężkie pieniądze. Podobno dla takich jak ja, by oszczędzić im zmartwień powstały chusteczki do prania zapobiegające farbowaniu. No to wyposażona w Colour Catcher od K2r sprawdziłam!

Zalety chusteczek Colour Catcher brzmią zachęcająco. Przede wszystkim nie trzeba sortować kolorowego prania, wszystkie kolory można wrzucić od razu do bębna. Jak logika podpowiada oszczędza się dzięki temu czas i pieniądze. Takie rozwiązania lubię, ale z natury im nie ufam. Tym bardziej, że te chusteczki wyglądają zupełnie niepozornie.


Kawałek sztywnego papieru, wielkości chustki nawilżonej dla maluchów. Ciężko zaufać. Dlatego też na pierwsze pranie włożyłam kolorowe ściereczki kuchenne. Zastanawiałam się tylko, czy test ma sens. Zwykle przecież najbardziej farbujące są rzeczy nowe.  By takowe włożyć na pierwszy rzut brakło mi jednak odwagi. Mimo, że to tylko ścierki z pewną dozą niepewności włożyłam, więc jedną chusteczkę (tyle wystarczy na niepełny bęben), i włączyłam pralkę (cykl godzinny w 60 stopniach) Po praniu ściereczki były czyste, zafarbowań brak.



Gdy znalazłam chusteczkę przeżyłam szok. Cała była zabarwiona ! Czyli jednak działa. Podobne testy wykonywałam wielokrotnie powoli przekonując się do produktu. Świetnie się sprawdzały i ubrania wyjmowałam w stanie idealnym. Faktycznie oszczędziło mi to sporo czasu i stresu. Jestem niestety z tych osób, które często z nadmiaru obowiązków, muszą wykonywać wiele prac jednocześnie. I tak kiedy wstawiam pranie, a przy okazji wycierania kurze, zdarza mi się zastanawiać czy czerwona ściereczka jest jeszcze w pokoju na komodzie czy może własnie dołączyła do jasnych kolorów w bębnie. Z Colour Catcher może się razem wyprać, jestem spokojna o efekt.



Z każdym praniem testy przeprowadzałam coraz odważniej, wkładając coraz to nowsze kombinacje. Któregoś dnia jednak czytając, że do białego prania firma K2r ma inny produkt postanowiłam sprawdzić co się stanie gdy...
...wypiorę z Colour Catcher białe rzeczy z granatową skarpetką. Efekt nie był zadowalający. Biel nieznacznie, ale jednak się zafarbowała. Całość wyglądała szaro i brudno. Na szczęście, dzięki temu że chusteczka jednak była, proces dało się odwrócić piorąc ubrania ponownie w wyższej temperaturze. Morał - chusteczek należy używać zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Innych magicznych zalet nie mają.

W swojej gamie K2r oferuje chusteczki do kolorowego prania, do białego, oraz wzbogacone o odplamiacz. Ja miałam okazję przetestować tylko wyżej opisane, choć kuszą mnie te do białego i z pewnością po nie sięgnę. Tym bardziej, żeby sprawdzić jak to będzie z tą nieszczęsną skarpetką:P
Colour Catcher to sprytne rozwiązanie dla osób takich jak ja, które cenią każdą minutę i lubią wygodne rozwiązania. Oszczędza czas,stres, pieniądze. Choć te ostatnie może nie tak do końca, bo to co zaoszczędzimy na proszku, wodzie i energii, musimy w części przeznaczyć na zakup chusteczek. Na szczęście nie są drogie*


* w przeliczeniu na sztukę ok 1,10- 1,50 zł. 

Czytaj dalej »

Zanim będzie mnie stać na depilację laserową - test Philips Satinelle BRE620

21.07.2016

Depilacja laserowa jest od dawna moim marzeniem. Niestety dopóki znajduje się poza zasięgiem cenowym na jaki mogę sobie pozwolić, pozostaje mi gładkość jaką zapewnia użycie depilatora. Co roku w sezonie letnim sprawdzam co ciekawego zadziało się w tym temacie. Jeśli pamiętacie kilkanaście miesięcy temu prezentowałam wam nowość - depilator, którego można używać na mokro i na sucho. Obecnie tego typu rozwiązanie stało się normą, ceny poleciały mocno w dół, a ja postanowiłam sprawdzić czy wydając dużo mniej można sprawić sobie niezawodną depilację przy pomocy Philips Satinelle BRE620.


Na początek weźmy pod lupę wygląd zewnętrzny. Depilator prezentuje się bardzo ładnie i ma modny design. Jest utrzymany, jak na tego typu urządzenia przystało, w biało - pastelowej tonacji (w moim modelu biel połączona
z zielenią). Ma ergonomiczny kształt, którzy dobrze układa się w dłoni. To bardzo ważne, by sprawdzić przed zakupem depilator pod tym kątem. Najlepiej "przymierzyć" go tak jak będzie używany podczas pracy, wtedy od razu przekonamy się czy jego użycie będzie dla nas wygodne. BRE620 zdał ten test od razu.


W zestawie znajdziemy depilator, nasadkę masującą, głowicę golącą, końcówkę do golenia miejsc wrażliwych, ładowarkę, woreczek do przechowywania, pędzel oraz instrukcję obsługi. W zasadzie w komplecie jest wszystko czego potrzebujemy by dokonać zabiegu. Wiem, że nie każdemu do gustu przypadnie sposób producenta na przechowywanie wszystkich akcesoriów. Woreczek wykonany jest z mocnego, aczkolwiek niebyt efektownie wyglądającego materiału.
Ja dostrzegam w nim ten atut, że jest miękki i doskonale dopasuje się do miejsca w walizce czy szafce. Ze sztywną kosmetyczką pewnie było by elegancko i z klasą ale już nie tak wygodnie.


Przygotowując się do depilacji, nie ma konieczności zgłębiania się w instrukcję obsługi. Użycie jest banalnie proste. Mamy włącznik, dwa guziki z trybem i prędkością pracy, oraz przycisk z tyłu, który po kliknięciu pozwala nam na szybką wymianę głowicy. Lubię takie intuicyjne rozwiązania. Nowością jest zastosowanie ceramicznych peset, które zapewniają lepszy chwyt włosków i nie powodują ich wyślizgiwania się. W praktyce nie zauważyłam różnicy, za to z pewnością opatentowany system depilacji sprawił, że zniknęły nawet te krótkie włoski osadzone blisko skóry. A skoro już o nich mowa, to zastosowanie lampki w depilatorze pomaga nam się lepiej im przyjrzeć i odpowiednio skierować głowicę. Lampka działa niestety tylko w funkcji depilatora. Wielka szkoda, bo osoby które usuwają owłosienie na nogach za pomocą golarki doceniłby i to rozwiązanie.


Jeśli zastanawiacie się nad bólem to niestety nie jest on mniejszy. Oczywiście woda w połączeniu z nasadką masującą pozwalają lepiej przebrnąć przez cały zabieg, ale poziom odczuwania jest niezmienny w porównaniu z innymi depilatorami. Nie się więc co łudzić, jeśli do tej pory ból był jednym argumentem niesięgania po tego typu rozwiązania, pozostaje tylko nasadka goląca. W wersji golarki BRE620 radzi sobie bardzo dobrze. Szybko i precyzyjnie usuwa zbędne owłosienie. Napotkałam jednak na mały problem. Otóż końcówka do okolic wrażliwych, niekoniecznie mnie przekonuje ze wzgledu na swoją delikatność. Podczas wymiany obawiałam się czy nie pęknie. Po nałożeniu podczas pracy było okej, problem jednak powrócił kiedy trzeba było ją zdjąć - pojawiły się te same obawy.


Zdecydowaną zaletą jest bezprzewodowość i długi czas "trzymania" baterii. Ładowanie przez 1,5 godziny pozwala uzyskać aż 40 minut ciągłej pracy. O tym jak długi to czas przekonacie się mierząc go podczas codziennej depilacji. mi zajmuje ona ok. 15 minut, co znaczy że depilatora mogę użyć aż trzykrotnie. Wystarczy na wakacyjny wyjazd i wiele tygodni bez ładowania. To naprawdę godny uwagi rezultat.
Depilator ma jednak jedną mała wadę. Działa dosyć głośno, wydobywając z siebie mało przyjemny warkot. Oczywiście do wszystkiego można się przyzwyczaić, ale wieczorna depilacja kiedy dzieci śpią za ścianą łazienki jest z tym sprzętem ryzykowna.


Podsumowując depilator oceniam pozytywnie. Choć znalazłam niewielkie wady, to jednak zalety zdecydowanie dominują. Philips Satinelle BRE620 udowodnił, że za niewielkie pieniądze można dzisiaj kupić bardzo ciekawe urządzenie do kompleksowej depilacji zarówno na mokro jak i na sucho.

Jeśli jesteście ciekawi poziomu hałasu i w ogóle radzenia sobie depilatora podczas pracy zapraszam na krótki film tutaj

Czytaj dalej »

Allerco - emolienty z nad Wisły. Czy powinniśmy mieć kompleksy?

10.07.2016

Amerykańscy naukowcy odkryli, dowiedli, udowodnili, opracowali...nowe, lepsze rozwiązania - słyszymy
o tym każdego dnia i zachwycamy się, jacy oni wspaniali za tym oceanem. Choć nie wiemy dokładnie gdzie, jacy badacze i czy ich twór faktycznie jest odkryciem, to i tak z tyłu naszej głowy siedzi myśl, że wszystko,
co genialne powstaje właśnie tam. Tymczasem sprawdza się powiedzenie cudze chwalicie swego nie znacie. Naukowcy nad Wisłą też mają swoje osiągi. Dzisiaj zaprezentuję Wam emolienty Allerco jakie testowałam
w ramach kampanii Streetcom. Czy mają szansę dorównać tym z wielkich zagranicznych koncernów?


Jako mama dwóch wrażliwców skórnych na emolientach można by powiedzieć zjadłam zęby. W naszej łazience goszczą nieprzerwanie od 4 lat i przewinęła się w niej już niemal każda marka. Ostatnio Streetcom zaprosił mnie do kampanii nowej linii - Allerco. O marce nigdy nie słyszałam, ale zapowiedź, że to Polski produkt z nowym, unikalnym składnikiem nie pozwoliła mi przejść obojętnie.

Marka Allerco powstała w  Łodzi. To właśnie tam, naukowcy z Politechniki Łódzkiej i Uniwersytetu Medycznego odkryli molekułę Regen 7, która połączona z emolientami stała się innowacyjnym produktem do pielęgnacji wrażliwej skóry. Na czym ta nowość polega? Już wyjaśniam. Otóż emolienty to nic innego jak substancje trwale nawilżające skórę i działające na nią zmiękczająco i wygładzająco. Tworzą na niej cieniutką warstwę, która zmniejsza ryzyko przedstania się szkodliwych substancji w jej głąb, a także pomagają w zatrzymywaniu wody. Regen7 zaś, to substancja czynna, chroniąca przed powstaniem podrażnień i korzystnie wpływająca na naskórek. Połączone razem super nawilżają i dają skuteczną ochronę, co w przypadku skóry problemowej , atopowej oszczędza nam wiele problemów i przynosi ukojenie.



Choć gama kosmetyków jest szeroka miałam okazje przetestować dwa najczęściej stosowane przez mamy produkty - emulsje do kąpieli i krem ochronny przeciw odparzeniom. Największym atutem obu pozycji jest skład. Czyta się go przyjemnie, bo jest to krótka lista znanych dobrze bezpiecznych składników. Bez tych dziwnych nazw od których łamie się język i jeży włos na głowie pytając czy aby na pewno to bezpieczne. Przykładowo emulsja zawiera zaledwie 6 składników - Regen7, 3 emolienty , witaminę E i glicerynę. Prawda, że wygląda to zachęcająco?

Testowanie rozpoczęłam od emulsji, która już od pierwszego użycia przypadła mi do gustu. Jest gęsta, konsystencją przypomina mleczko i świetnie nawilża skórę. Stosowana bezpośrednio do wody w wanience potrzebuje odrobinę pomocy by się rozpuścić, ale za tę delikatność w dotyku i utrzymującą się długo po zastosowaniu można wybaczyć. Dziewczyny, które testowały ją ze mną były podobnego zdania. To naprawdę wart uwagi kosmetyk.



Krem na odparzenia przykuwa uwagę już samym opakowaniem. Dosyć duże, wyglądające jak wielka apteczna fiolka z lekami zdecydowanie kwalifikuje się do użytku domowego. Na spacery czy wyjazdy łatwiej jest zabrać mniejeszy krem w tubce.


W zastosowaniu koi i nawilża skórę malucha. Jego puszysta konsystencja sprawia , że jest wydajny , delikatny. rozmasowany na skórze pozostawia lekki biały film. To, na co należy zwrócić uwagę to dobre osuszenie skóry przed aplikacją . Przetarcie jej chusteczką nawilżoną w tym przypadku nie spełni swojej roli. Krem będzie się ślizgał i słynie z woda po skórze. Na osuszonej pozostanie do następnej zmiany pieluszki. Podobnie jak poprzednik urzeka składem. I choć na początku, przypominał mi pod wieloma względami znany każdej mamie Sudocrem - za którym nie przepadam, szybko się do niego przekonałam i zauważyłam atuty.


Kosmetyki Allerco w mojej łazience gościły przez miesiąc. Przez ten czas skutecznie dbały o skórę mojej córeczki. mała nie miała odparzeń, skóra po ich zastosowaniu jest miękka, dobrze nawilżona. możemy być dumni z naszych naukowców i Allerco oczywiście. 
Czytaj dalej »

Matczyny niezbędnik w listonoszce? Czy to w ogóle możliwe?

27.06.2016

Wychodząca na spacer matka często przypomina tragarza. Poza domem może się przydać wszystko - chusteczki, pieluchy, smoczki, butelki, a kiedy już wydaje się, że niczego nie brakuje okazuje się, dziecko funduje sobie super zabawę w kałuży, a ty przekonujesz się, że warto było zabrać jeszcze dodatkowe buciki. znasz to? Jeśli teraz kiwasz głową to jesteś we właściwym miejscu. Z Canpolem spakujemy się w jedną małą listonoszkę.

Czytaj dalej »

Monte Balance czy odchudzanie deseru może się udać?

21.06.2016

Można nie lubic Chodakowskiej, wyśmiewać z zazdrosnej Marioli Bojarskiej - Ferenc, 
czy też "kulek mocy" Anny Lewandowskiej. Można też nie oglądać telewizji, która emitując programy typu "Wiem, co jem" psuje w głowach i neguje nasz dotychczasowy sposób odżywiania. Nie można jednak przejść obojętnie obok tego, jak te panie i ich programy zmieniły nasze patrzenie na żywność, a za nimi producenci, którzy stają na głowie by dostosować się do coraz zdrowszego trybu życia Polaków. Zott, ze swoim czołowym Monte także przeszedł metamorfozę i dumnie prezentuje najnowsze dziecko - Monte Balance. 



Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia