"Zasługujesz na sukces", bo droga na szczyt jest łatwa

20.11.2016

Na sukces wszyscy jesteśmy łasi. Taka już ludzka natura i choć dla każdego z nas, oznacza on co innego to jedno jest niezmienne - przekonanie, że by go osiągnąć trzeba być bogatym, mieć wpływową rodzinę, znajomości lub po prostu ...szczęście. A jeśli już uzbrojeni w chęci i determinację postanowicie jednak wyruszyć w drogę na szczyt i od bliskich osób usłyszycie, że to porywanie się z motyką na Słońce, śmiało sięgnijcie po książkę "Zasługujesz na sukces" Kamili Rowińskiej i łapcie wiatr w żagle.


Kamilę "poznałam" za sprawą książki "Kobieta niezależna" i choć nie zakochałam się w niej od pierwszego przeczytania, to była mi od początku bliska. Może dlatego, że jej historia i zapał przypomina mi losy kogoś znajomego, może dlatego, że podobnie jak ja, kocha i inspiruje się ludźmi, a może zwyczajnie powodem jest to, że jest kimś, kim zdecydowanie chciałabym być?
Książek o podobnej tematyce przeczytałam w ostatnim roku cała masę. Wychodziły one głównie spod pióra autorów zza oceanu i każda z nich była dla mnie cenną lekturą. Pozostawiały jednak wrażenie, że opisują jakiś "american dream", a nie zwykłe życie. Na tym tle książka Rowińskiej się wyróżnia. Kamila jest autentyczna, niczym koleżanka z sąsiedztwa, a jej historia jest niezbitym dowodem na to, że sukces można osiągnąć w naszym kraju, że nie jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn, a pierwszy milion zamiast kraść można zarobić. Oczywiście od razu zaznaczę, że po przeczytaniu tej książki, ani mi, ani nikomu z Was nie przybędzie zer na koncie, a nazwisko nie zacznie przewijać się na pierwszych stronach gazet. O nie! Cenna lekcja, jaka płynie z tej lektury jest jednak warta poświęcenia "odrobiny" czasu.


"Zasługujesz na sukces" czytałam około miesiąca. Nie dlatego, że Kamila nie ma lekkiego pióra, czy nie potrafi zaciekawić czytelnika. Wręcz przeciwnie! Mogłabym przeczytać książkę w jedno popołudnie, ale to nie miałoby najmniejszego sensu. To po prostu nie jest zwykła pozycja, którą się czyta i zapomina. "Zasługujesz na sukces" to prawdziwe warsztaty na papierze. Pełne ćwiczeń, zadań do wykonania i przede wszystkim spraw do przemyślenia. Dzięki tej formie Kamila wyciska z czytelnika prawdziwe 100% i odkrywa przed nim nowe możliwości.
Nie jest to też łatwa lektura, której czytanie to czysta przyjemność. Choć autorka, jak na zawodowego coacha przystało mocno w niej motywuje to jednak nazywa wiele rzeczy po imieniu, wiele zachowań, postaw krytykuje, a to nie jest łatwe do przełknięcia. Przy tym wszystkim ciągle jednak podkreśla, że możesz osiągnąć sukces i to wcale nie jest trudne. Ale kiedy się zdecydujesz licz się z ceną, którą przyjdzie Ci za niego zapłacić. Jaką? To zależy od tego, co dla Ciebie jest sukcesem...


A właśnie! To z pozoru łatwe pytanie autorka zadaje czytelnikowi już na pierwszych stronach książki. Banalne prawda? Też tak myślałam. Jednak okazało się, że na tym prostym pytaniu i 6 innych pomocniczych totalnie poległam. Kamila uświadomiła mi, jak ważne jest już na samym początku określenie tego do czego zmierzamy. Pamiętacie powiedzenie "marzenia się spełniają, musisz tylko uważać o czym marzysz"? Tak samo z sukcesem. Określ go, wiedz o czym marzysz i konsekwentnie kieruj się do celu.
Na kartach książki Kamila rozłożyła sukces na czynniki pierwsze. Opisała swoją historię, udowodniła, że niezależnie od tego z jakiej pozycji starujesz, masz szansę znaleźć się na szczycie. Pokazała jak się zorganizować, prezentując karty ze swojego kalendarza, obnażyła zawartość swojej lodówki i zmotywowała pokazując 9 innych ludzi sukcesu jednocześnie dowodząc, że nie jest wyjątkiem od reguły. Ta ostatnia cześć książki - wywiady z ludźmi, którzy zarażają dobrą energia i pomysłami to prawdziwa wisienka na torcie! Dla kogoś takiego jak ja, kto takie wywiady może "jeść łyżkami" Kamila dorzuciła coś więcej - dwie płyty DVD z pełnym zapisem z rozmów. Siedziałam z notatnikiem, wypiekami na twarzy chłonąc każde słowo. I mimo, iż wcześniej poznałam te historie na kartach książki, po prostu nie mogłam się oderwać. To właśnie podejście za które Kamilę cenię - nie sama pusta teoria, nie mądrzenie się, że wszystko wiem najlepiej, a praktyka, motywacja, inspiracja...otwarty umysł.


Nie chciałabym w tym miejscu opisywać Wam tej pozycji. Kamila napisała ją po mistrzowsku i niech tak zostanie. Jestem pewna, że lada moment książka stanie się bestsellerem! Bardzo mnie to cieszy. I choć tytuł sugerowałby, że książka najbardziej przyda się tym, który mają lub planują własny biznes, tym który sprzedają produkty,usługi to tacy czytelnicy jak ja którzy "wierzą, że czeka ich specjalna misja" wyniosą z niej wiele cennych wskazówek.

Czytaj dalej »

Jeśli jogurt to naturalnie z dodatkami. Zott Natur z dodatkami.

17.11.2016

Walka z przyzwyczajeniami to najcięższa bitwa jaką przychodzi nam toczyć. Sami sobie jesteśmy wyznacznikiem 
i strażnikiem celu. Niektórzy lubią rygorystyczne zmiany - mówią - " od dzisiaj nie będę jadła słodyczy"-  i przestają, inni stopniowo dążą do sukcesu. Kiedyś byłam w tej pierwszej grupie, ale zauważyłam, że kiepsko mi to wychodzi. Przez parę pierwszych dni byłam rozdrażniona, wściekła, a w późniejszych rozgrzeszam się od nowa, zaczynając już od małych dawek aż po... no właśnie... pełne popłynięcie. Dlatego, od niedawna zabieram się do sprawy inaczej. Swoje nawyki żywieniowe zmieniam małymi krokami. A jak przejść z jogurtu owocowego na jogurt naturalny? Najlepiej z Zott Natur 
z dodatkami.


Jogurt Zott Natur z dodatkami to wszystko to, co najlepsze w jogurcie naturalnym z dodatkiem Twoich ulubionych przysmaków zamkniętych w oddzielnym kubku. Tę nowość miałam okazję przetestować wraz z rodziną i przyjaciółmi 
w ramach najnowszej kampanii TRND.pl.
Sam w sobie Zott Nature, nie był dla mnie nowością. Towarzyszy mi w kuchni od niepamiętnych czasów i jest moim sekretem idealnego sosu czosnkowego. Nie za gęsty, nie za wodnisty jego konsystencja jest idealna i daje całą masę możliwości podania. Co ciekawe, jest to jogurt naturalny całkowicie pozbawiony cukru. Dziwicie się? Tak, bo producenci lubią cukier sypać wszędzie, nawet do produktów, po których byście się go nie spodziewali, tak jak własnie w jogurtach naturalnych. Jednak mimo, iż moje nawyki żywieniowe modyfikuje już od dawna, dużo czytam, analizuję to jednak wciąż Zott Nature widzę jako dodatek a nie oddzielny posiłek. Kiedy wybieram jogurt do pracy kończy się na tym smakowym, 
a tam wiecie sami - kopalnia cukru...


Zott Nature z dodatkami jest czymś czego szukałam. Czymś pomiędzy jogurtem owocowym a naturalnym. Mając swoje ulubione dodatki w oddzielnym kubeczku sama decyduję w jaki sposób je zjem (lubię dżemik jagodowy zajadać na waflach ryżowych i przegryzać jogurtem), ile dodatków wyląduje w jogurcie a ile zostawię. I to ostatnie jest właśnie istotne z mojego punktu widzenia. Bo stosując metodę odejścia od owocowego wkładu, powoli mogłam ograniczać ilość łączonego dodatku. I wiecie co? jestem już bardzo blisko.
A jakie dodatki można znaleźć w tym pierwszym na rynku jogurcie naturalnym z dodatkami? Ano takie, które zaspokoją nawet najbardziej wymagające gusta smakowe:
- z musli czekoladowo - bananowym
- z musli tropikalnych
- z musli orzechowym
- z musli miodowym
- z soczystymi wiśniami
- ze słodką jagodą
- z rajską brzoskwinią
- ze słoneczną truskawką.


Nie miałam okazji podczas tego testu spróbować żadnej wersji z musli nad czym ubolewam, bo czytając skład tego tropikalnego z trudem uniknęłam ślinotoku. Niestety producent za słabo rozprowadził jogurty po sklepach i tak, choć w książce ambasadora miałam nazwy sieci współpracujących podane na tacy to okazało się, że na półkach albo nie było jogurtów, albo były tylko wersje owocowe. Logistyka zawiodła, ale produkt wręcz przeciwnie. 
Rozwiązanie Zott bardzo mi przypadło do gustu. Jako mama również dostrzegam w nim potencjał wprowadzenia zmian w konsumpcji jogurtów moich dzieci. Moje córeczki uwielbiają kiedy coś się dodaje, coś przesypuje, że mogą coś choć po części przygotować same. I mimo, iż wiem, że w drugiej części cukier znajdę to jest to z pewnością lepsza alternatywa niż jogurty z kolorowymi cukierkami z ulubiona postacią z bajki.



Jeśli podczas następnych zakupów, staniecie przed dylematem owocowy albo naturalny i przy tym drugim zrobicie skwaszoną minę, przypomnicie sobie ten post i to, że macie przecież alternatywę - Zott Nature z dodatkami jest przecież tym czego szukacie. 


Czytaj dalej »

Gierki małżeńskie dozwolone !

07.10.2016

W małżeństwie wiadomo, bywa różnie. Pewnie dlatego większość bajkopisarzy kończy swoje opowieści słowami "i żyli długo i szczęśliwie", okrywając zmową milczenia  wszystko to, co bajkowe już nie jest. Bo prawdziwe małżeństwo
z baśnią ma niewiele wspólnego. To trochę taka gra w której nie ma wygranych:P albo przegranych, zależy jak kto trafi. Niemniej jednak kiedy już powiedziało się A trzeba powiedzieć B i wytrwać w nim możliwie najdłużej i najlepiej! Tej jesieni dla wszystkich ogarniętych rutyną par i tych którzy w najbliższych planach mieli wspólna terapię mam jedną radę -  by znaleźli wieczór i zaprosili drugą połówkę albo znajome pary na niewinne "Gierki małżeńskie" od MDR.



Gra "Gierki małżeńskie" to najlepsza gra, dla par w jaką przyszło mi kiedykolwiek grać. Nie przesadzę też, twierdząc,
że tak jak przy narodzinach dzieci obdarowuje się je tomikami wierszy tak razem z aktem małżeństwa powinno wyposażać się nowożeńców w "Gierki małżeńskie". Już wyjaśniam dlaczego...
Zanim przejdę do opisu samej gry, na chwilę skupię się jeszcze na samym jej tytule. Gierki małżeńskie - któż z nas, ich nie stosuje nagminnie w związku. To one nadają smaczku wspólnemu życiu. By osiągnąć spełnienie swoich potrzeb, sprawić by kompromis był bardziej po naszej stronie sięgamy po różne narzędzia. Od pakietu 3xP - pilot, piwko, pizza po zakup drogich perfum czy biżuterii. W tej grze będziemy również korzystać z różnych metod by wygrać cenną nagrodę ... sprzątanie, gotowanie lub seks ...No jak sami widzicie grac jest o co, a tytuł gry napisało samo życie.


Rozgrywkę można przeprowadzić na dwa sposoby - opcja tylko we dwoje i ta dla maksymalnie 4 par. W obu przypadkach zasady są podobne. Na kartonowej planszy ustawiamy 4 rodzaje kart oraz pionki. Do dyspozycji otrzymujemy również tabliczki z sucho ścieralnymi flamastrami, klepsydrę odmierzająca całe 30 sekund czasu, tabliczkę do kręcenia butelką, żetony kupidyna (te dostaniemy za dobrze wykonane zadanie), żetony specjalne (seks, gotowanie, prasowanie, sprzątanie) oraz najlepsze - vouchery na 180 minut wykonywania czynności z żetonów specjalnych.
By rozpocząć rozgrywkę pionki ustawiamy na starcie i przesuwamy kolejno o jedno pole wykonując zadania z kart.
W wersji dla dwojga ona ustawia swój pionek z lewej strony planszy, on z prawej...w wersji dla par ustawiamy pionki parami. Do wykonania mamy 4 kategorie zadań - znamy się, skojarzenia, kalambury i między słowami.


Pierwsza z nich to prawdziwe wyzwanie dla par. Ha nie jedna para z powodu nieznajomości odpowiedzi na pytania z tej kategorii się rozeszła...nie grając oczywiście. Serio! Bo ilu z Was pamięta jaki on nosi rozmiar kołnierzyka czy jak miał na imię jej pierwszy chłopak? Sięgając po tę grę można oszczędzić sobie stresu i podczas zabawy utrwalić to i owo. Ale spokojnie są też w tej kategorii łatwiejsze zadania jak np. wybór odpowiedzi spośród zaproponowanych. Tu przynajmniej mamy 33% szans na trafienie w odpowiedź partnera lub partnerki. Trudnością za to jest czas...na odpowiedź mamy zaledwie 30 sekund, zatem musi się obyć bez telefonów do jej, jego przyjaciela.



Kolejny rodzaj kart stawia przed nami zabawę w skojarzenia. Losujemy kartę z rysunkiem Andrzeja Mleczki i w czasie odmierzonym przez klepsydrę wypisujemy maksymalnie 6 skojarzeń jakie przychodzą nam do głowy na widok obrazu. Żeton otrzymujemy wtedy, gdy nie jedno a aż dwa skojarzenia się pokryją. Wydaje się łatwe, ale wierzcie mi na słowo że takie nie jest. Ta konkurencja jest świetnym dowodem na to, że choć znamy się jak łyse konie to jednak jedno z nas jest z Marsa a drugie z Wenus.


Następną kategorią jest kalambury. Zasad chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć. Losujemy kartę na której znajdują się tytuły filmów, przysłowia i pozycje miłosne i kręcimy butelką, która wybiera za nas zadanie. Uwielbiam tą konkurencję. Może jestem trochę złośliwa, ale już samo patrzenie jak moja druga połowa "rysuje" sprawia że padam ze śmiechu.



Ostatni typ kart to zadanie "między słowami". Chodzi w nim o to by naprowadzić partnera słowami do odgadnięcia wylosowanego hasła. Trudnością jest dodatkowa lista 5 słów, których użyć przy opisie nie można, tak samo jak nie należy używać rąk, dźwięków naśladowczych. Nie jest to łatwe zadanie i oczywiście tutaj również zagwarantowane są niekończące się pokłady śmiechu.
Grę wygrywa ten, kto po przejściu całej planszy przez wszystkich graczy uzyskał największą ilość żetonów. W rozgrywce dla wielu par wygraną jest już samo to, że jesteśmy lepsi od innych, zaś w tej dla dwojga nagrodą jest możliwość zakręcenia butelką by wskazała jaki voucher wygrywamy. Achh 180 minut prasowania przez męża to marzenie każdej kobiety!:)


Opisując grę nie można pominąć, tego że została wzbogacona o genialne satyry jeszcze genialniejszego Andrzeja Mleczki. Starając się być obiektywna (Mleczkę uwielbiam i nawet popełniłam pracę magisterską na temat jego twórczości) z każdą rozgrywką zastanawiałam się czy fenomenem jest super pomysł gry czy dopełniona satyrami dopiero zyskała na atrakcyjności. Nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie. Nie potrafiłam tego rozdzielić i za długo skupić. Po prostu dobrze mi się grało, a salwy śmiechu uniemożliwiły logiczne wyciąganie wniosków.
Całość jest tez świetnie dopracowana pod względem wykonania. W kartonie znajdziemy wszystko co jest potrzebne nie tylko do zagrania ale i do przechowywania gry w ładzie i porządku. Wszystkie elementy wykonane zostały solidnie i gra
z pewnością przetrwa wiele rozgrywek. To ważne, bo zdarzało mi się kupować kilka gier dla dzieci, których cena i jakość wykonania nie szły w parze.
Na koniec powiem tylko tyle - jeśli szukacie sposobu na przyjemne spędzenie jesiennych wieczorów w domu z druga połową, chcecie przestać rozmawiać o kupkach i pieluszkach podczas spotkań z przyjaciółmi lub szukacie idealnego prezentu na ślub czy rocznicę nie zapominajcie o tej grze. "Gierki małżeńskie" są w tym sezonie obowiązkowe!


Konkurs:

Ponieważ wiem, że nabraliscie ochoty by rozegrać "Gierki małżeńskie" mam dla Was małą zabawę. Na zaprezentowanej planszy rozrysowałam nazwę pozycji miłosnej, zgadniecie której? Swoje odpowiedzi wpisujecie pod tą notką
w komentarzach do 15.10. Sposród prawidłowych odpowiedzi wybiorę zwycięzcę, który otrzyma od MDR Dystrybucja "Gierki małżeńskie". Do dzieła!!


WYNIKI KONKURSU:

Trochę mi ulżyło, bo zgadliscie bez większego trudu, mimo tego, że do Mleczki mi daleko:P . Oczywiscie chodziło o pozycję "odwrócony helikopter" i taka odpowiedź padła wielokrotnie, co mnie ogromnie cieszy:))
Czas jednak wyłonić zwycięzcę...
...
...
Tym razem wygrywa ....
Bartek B.

Gratuluję i proszę o kontakt


Czytaj dalej »

Doktor euGeniusz przegania dzieciaki sprzed monitorów

26.09.2016

Jesień to pora roku, która kojarzy się ze szkołą, egzaminami i deszczem podczas którego dzieci lubią się nudzić. Dni stają się krótsze, kalendarze wypełniają się terminami, a rodzice zostają poddani największemu wyzwaniu - znalezieniu odpowiednich atrakcji, by twórczo i kreatywnie ten czas minął całej rodzinie. Najłatwiej byłoby oczywiście wręczyć dziecku tablet czy smartfon, a samemu oddać się przyjemności picia kawy w towarzystwie fajnej książki. Jednak idealne matki - takie jak ja (a co!) dróg na skróty nie akceptują, toteż szukają, szukają ...aż wreszcie trafiają na pewnego doktora, który jak się okazuje ma receptę na świetną zabawę. I to nie tylko jesienią. Sesje u dr Eugeniusza od Dumel śmiało można rezerwować na cały rok.




Doktor Eugeniusz od Dumel Discovery to kolejna zabawka z edukacyjnej serii, przeznaczona dla dzieci od 5 roku życia. Jak przystało na zabawki marki jest wykonana z dobrej jakości plastiku, który wytrzyma liczne upadki, przewożenia
i zainteresowanie całej masy dzieciaków. Jeśli znacie Magic Jinn`a to gabarytowo Eugeniusz bardzo się do swojego kolegi upodobnił.
Gra ma postać sympatycznego doktorka, naukowca laboratoryjnego, który ma dla nas nie lada wyzwania. Zabawa z Eugeniuszem nie wymaga instrukcji. To on tutaj jest szefem i to on wykłada kawę na ławę prowadząc całą rozgrywkę. Jesteście ciekawi na czym polega zabawa? Przede wszystkim potrzebna nam drużyna od 2 do 10 osób. Oczywiście im więcej tym lepiej, ale gra w duecie tez gwarantuje świetnie spędzony czas. Eugeniusz zadaje jedno ze swoich pytań, na które należy odpowiedzieć. Kiedy odpowiedź pada naciskamy głowę staruszka i na to samo pytanie odpowiada następny gracz i następny... Kojarzy Wam się to z czymś? O tak, mi tez przypomniała się od razu znana wszystkim "Familiada", a konkretnie jej finał. Tu też odpowiedzi nie mogą się powtarzać i to własnie sprawia, że niepozorna zabawa staje się nie lada szaradą dla małych i dużych. 10 unikalna odpowiedź to już przecież nie lada wyczyn. Za powtórzenie, błąd lub niezmieszczenie się w czasie Eugeniusz obdarowuje nas zerem.


Przegrywa ten gracz, który w rozgrywce zer zbierze najwięcej. By gra się szybko nie znudziła staruszek przygotował więcej atrakcji - zabawa ma aż około 500 unikalnych pytań, byście nie mogli łatwo się ich nauczyć i odpowiadać z automatu, a do tego prowadzący lubi często w grze namieszać i ustalić zupełnie nowe zasady np. za błędną odpowiedź karze nam oddać zero zawodnikowi obok. Zabawa z Eugeniuszem jest wiec naprawdę nieobliczalna i jak mówi moja córka - szalona jak doktorek!


Producenci starali się dopracować zabawkę w każdym szczególe dlatego, też kiedy trzeba doktor chętnie powtórzy zadawane pytania, a gdy będziecie pękać ze śmiechu, możecie śmiało wcisnąć pauzę, by uniknąć wysypu zer. Średni czas rozgrywki to około 10 minut. Naszym zdaniem idealny - kiedy coś nas goni można zagrać raz, innym razem urządzić sobie maraton rozgrywek.
Gra dr Eugeniusz świetnie się sprawdza w naszym domu i rzeczywiście stała się dużą konkurencją dla tabletu oraz smartofna. Choć córka jeszcze nie ma 5 lat, znakomicie sobie radzi z pytaniami, z którymi nawet my - staruszkowie mamy nieraz problem. Bez grama słodzenia powiem, że super się bawimy z Eugeniuszem wszyscy. Jest jednak coś co można by ulepszyć i jak znam Dumel z pewnością lada dzień coś na to poradzi - mianowicie przydałoby się coś  na spięcie piankowych zer. Tak by dotrwały wszystkie do następnego razu.
Jeśli szukacie ciekawego sposobu na spędzanie wolego czasu mądrze, rodzinnie i domowo umówcie się z doktorem Eugeniuszem na małą partyjkę. Z pewnością nie będziecie żałować!

Czytaj dalej »

Magia sprzątania - czy japońskie metody sprawdzają się w Polsce?

08.09.2016

Typem perfekcyjnej pani domu nie byłam nigdy. Lubię porządek, piękne wnętrza, hotelową czystość, ale nie za wszelką cenę. W moim azylu muszę czuć się bezpiecznie, swobodnie, bez presji, że pyłek kurzu spogląda na mnie z komody prosząc o usunięcie. Zanim zaczęłam prowadzić własne "gospodarstwo domowe" bliżej było mi do wyśpiewania głośno "przewróciło się niech leży", niż do testu białej rękawiczki. Tyle tylko, że w moim domu pojawiły się dzieci i rzeczy, które spadają na ziemię w ciągu dnia, już po paru godzinach uniemożliwiłby mi sprawne poruszanie się, a po tygodniu jakikolwiek ruch byłby w ogóle niemożliwy. Szukając inspiracji, rad, świeżych pomysłów sięgnęłam po "Magię sprzątania" Marie Kondo.


Autorka książki pochodzi z Japonii, a ja  Japończyków cenię od zawsze. Dla mnie są niesamowici w tym, że celebrują codzienność - ot weźmy choćby takie sprzątanie. Dla ludzi zachodu to przykry obowiązek, wokół którego budują negatywne emocje. W Japonii wykonanie tej samej czynności nazywa się sztuką porządkowania i organizacji. Takie nazewnictwo nie tylko brzmi lepiej, ale i rozbudza chęć do działania. No przynajmniej u mnie.
Czytając poradnik w głowie miałam tylko jedno. - chciałam sprawdzić czy sposoby opisane przez autorkę da się zastosować w domu. Początek wcale nie zapowiadał się optymistycznie. Marie opowiadała o tym, jak zdobywała doświadczenie i gromadziła dobre pomysły, zdradzała do jakich wniosków dochodziła i jakie rady dawała klientom, którzy poprosili ją o pomoc w posprzątaniu swojej przestrzeni. Tyle tylko, że większość tych miejsc to zaledwie pokoiki o wielkości kilku mat (w krainie kwitnącej wiśni własnie tak określa się "metraż"). Posprzątać jeden pokój to pikuś, gorzej zaprowadzić porządek w całym mieszkaniu , domu, rezydencji? :)
Konmari to metoda bardzo drastyczna, by wprowadzić ją w życie trzeba każdą rzecz, którą mamy w posiadaniu, wziąć do ręki i zadając sobie szereg pytań zadecydować czy pozostaje z nami nadal, czy też skończy swoją przygodę w kuble na śmieci. Zanim podjęłam się tego zadania, biłam się z myślami  jak to przedsięwzięcie zorganizować. Marie jednak szybko podzieliła rzeczy na kategorie i z każdą stroną poradnika udzielała coraz to dokładniejszych wskazówek. Niestety w moim domu część z nich nie znalazła zastosowania. W przypadku odzieży Konmari nakazuje, by wszystkie ubrania zgromadzić w jednym miejscu, każdej sztuce poświęcić czas, odpowiedzieć na szereg pytań, wsłuchać się w emocje, jakie towarzyszą temu spotkaniu i podjąć decyzje. U mnie niestety niewykonalne. Przy 4 osobowej rodzinie, ubrania nie tylko zajmują szafy, szafki ,półki, ale i pralkę , suszarkę czasem jakieś zakamarki. Stan, kiedy da się je zebrać w jednym miejscu nie istnieje, po prostu używamy ich na okrągło. I ten czas? Zapytajcie którąś ze znanych wam kobiet wielozadaniowych, albo siebie, czy macie go do dyspozycji tyle, by przeczesać całą domową odzież za jednym zamachem. No, nierealne!  Metoda ta ma jednak pewne plusy. Pochylając się nad każdą sztuką ubrania, widząc wielką stertę rzeczywiście działamy na wyobraźnię i utwierdzamy się w przekonaniu, że większość tych rzeczy nam nie służy, nie jest potrzebna, nie czujemy się z nimi dobrze. Kiedy podejmujemy decyzje o wyrzuceniu czujemy się lżej. No ale co ja wam będę o tym pisać, skoro każdy z nas ma w swojej garderobie perełki których nie założył ani razu bo kupione były pod wpływem impulsu. Moje chwile słabości zapełniły cały worek.


Radą, która mnie zaintrygowała, było układanie ubrań w pionie. Czytałam kilka razy instrukcję jak należy składać ciuchy, tak by ograniczyć zagniecenia, nie robić bałaganu wyjmując jedną sztukę z szafki i nie obciążać jednych ubrań wagą innych... Za nic jednak nie mogłam zrozumieć, co Marie ma na myśli. Z pomocą  przyszedł mi wujek Google. Szuflady wypełnione ubraniami ułożonymi w pionie wyglądały na zdjęciach niesamowicie. I choć Marie przekonała mnie do tego sposobu swoimi argumentami to szybko jednak okazało się że owa metoda sprawdza się tylko w szufladach, choć też nie we wszystkich. Problem pojawia się kiedy żyjemy, tak jak ja w trybie tygodniowym . Przy metodzie Marie w poniedziałek moja szuflada będzie jeszcze nieskazitelna, ale już w piątek ubrania bez wsparcia innej odzieży przewrócą się i znów stworzą artystyczny nieład.
Przykłady mogłabym mnożyć i mnożyć, ale wtedy opisałabym Wam całą książkę, a mimo tego, że nie wszystkie pomysły się u mnie sprawdziły, chciałabym jednak byście po nią sięgnęli. Wiadomo z tego typu książkami tak już jest. Nie cała treść do was przemówi, nie cała da się wcielić w życie. Autorka jednak przedstawia sprzątanie w tak fajny sposób, że szkoda by było tę pozycje ominąć. Dbałość o każdy przedmiot, zaprzyjaźnianie się z posiadanymi rzeczami czasem brzmią śmiesznie ale prowadzą do jednego - szacunku do tego co mamy. A na to nie każdy poradnik zwraca uwagę. Poza tym zgadzam się z Marie w jednym - rzeczywiście planowanie swojej przestrzeni, decydowanie o wyrzucaniu, uczy nas podejmowania decyzji. Każdy z nas najlepiej uczy się na błędach, a te popełnione przy sprzątaniu nie pociągną za sobą dużych konsekwencji.
W całej książce czegoś mi jednak brakowało. Metoda Konmarie nie zdradza super sztuczek na usunięcie kamienia z baterii  łazienkowej, nie sugeruje jak ułożyć książki, w czym przechowywać przybory do szycia. Opisuje sprzątanie jako proces, sztukę, i przypisuje mu głębszą ideologię.
Po przeczytaniu "Magii sprzątania" moje mieszkanie nie zmieniło się diametralnie. Moja wina! Nie zastosowałam się do wszystkich instrukcji, nie wysłałam dzieci rodzinie na tydzień i nie wzięłam urlopu. Nauczyłam się jednak wyrzucać. A właściwie to podszkoliłam wyrzucanie. Może nie zadaje przy tym sporo pytań, nie głaszcze okładek książek, ale wyrzucone worki mówią same za siebie. Moja przestrzeń się oczyszcza. W minimalistycznych wnętrzach żyje się lepiej, lepiej myśli...moja jeszcze nie jest taka jak bym chciała, ale jestem na dobrej drodze. Do metod Marie wrócę jak dzieci się wyprowadzą:)) Wtedy może się udać!
A Wy czytaliście "Magię sprzątania"?? , A może macie już idealne wnętrza?

Czytaj dalej »

Jak Peppa ratuje nasze wakacyjne podróże i pochmurne dni

16.08.2016

Jako dziecko uwielbiałam wakacje! Zabawy, brak obowiązków, masa czasu spędzana na świeżym powietrzu i wspólne wyjazdy z rodzicami. Tak! Na wakacjach mogłabym być cały rok! Lubiłam kreatywne zabawy jakie podsuwała mi mama. Do dziś we wspomnieniach mam taki obrazek - ja w dużym pokoju na materacu dmuchanym, z soczkiem 
z parasolką (nie wyskokowym:P) przy otwartym balkonie za którym burza z piorunami, rozwiązuje "Supełka". Nieco inaczej odbieram wakacje już jako mama. Odkąd ponownie wróciłam do pracy, czas letniej przerwy nazwałabym radosnym maratonem. Niby wszyscy jesteśmy razem, przez większość czasu, super się bawimy, ale organizacja opieki dla dzieci, atrakcji, domowe obowiązki i praca windują całość na high level. Trzeba się mocno napracować zanim wieczorem idąc do sypialni odpali się zasłużone game over. Bez małych pomocy, nie dalibyśmy sobie rady. W tym roku, nasze wieczory oraz podróże autem są wspierane przez Świnkę Peppę, która zabawia i uczy nasze dziewczyny.





Świnka Peppa - Uczymy się pisać to udana nowość od wydawnictwa Media S Zawada. Książeczka z grubego kartonu została wykonana w taki sposób, by ucząc się wraz z Peppą, można było po niej pisać i ćwiczyć. A ponieważ wszyscy uczymy się na błędach, to co się nie udało łatwo i szybko daje się zetrzeć specjalną końcówką skrytą w skuwce mazaka dołączonego do zestawu.

 Kiedy pierwszy raz sięgnęłam po tę pozycję nie do końca byłam do niej przekonana. Myślałam, że nadaje się dla nieco starszych dzieci, niż moja 4,5 letnia córka o młodszej (1,5 roku) nie wspominając. Co prawda córka sama przejawia chęć uczenia się literek i z zapałem i dumą wypisuje "MAMA" i "TATA" na wszystkich swoich pracach. My jednak staramy się nie naciskać.


Podsuwając jej książeczkę o Peppie byłam zaskoczona. Pozycja spodobała jej się tak bardzo, że sporo czasu poświęciła prowadząc pisak po szarych śladach. Obserwując jej zabawę nabrałam pewności, że jest to fajny sposób by dziecko w wieku mojej córki ćwiczyło rączkę. Oczywiście nie będę Was czarować, że córka wykonała wszystkie zadania. Zrobiła tylko te łatwiejsze. W książce poziom trudności jest różny. Zaczynamy od słów, a kończymy na zdaniach. Literki piszemy w kratkach oraz liniach podobnie jak w szkole. Szare ślady widoczne są tylko na kawałku kartonu, dalej pozostawiono miejsce na prace "bez wspomagania". U nas na nie zdecydowanie za wcześnie, dlatego to miejsce wykorzystałyśmy na kreatywną zabawę, tworzenia własnych ilustracji. Kiedy córka będzie gotowa, na wyższy poziom po prostu zetrzemy nasze dzieła.

Ze zdziwieniem podczas podróży zauważyłam, że Peppa daje także pole do zabaw dla maluszków. Opisywane obrazki nadają się do nauki słów ale i do zabaw rysunkowych. Z bananem na ustach obserwowałam jak młodsza z zapałem artystki próbowała Peppie dorysować dłuższe nóżki i nowe oczy! To jedyna pozycja, po której może bez obaw pisać.

Książka wspaniale spisała się w aucie. Sztywność kartonu, sprawiła, że bez problemu można było po nim rysować podczas jazdy. Teraz zabieramy ją wszędzie.
Seria  Świnka Peppa - uczymy się pisać to bardzo ciekawy pomysł na przyjemną naukę pisania. Z ulubionym bohaterem wszystko przychodzi łatwiej i staje się zabawą a nie żmudnymi ćwiczeniami. Pozycja skierowana jest do dzieci rozpoczynających naukę, ale dzięki ciekawej formie i młodsze mile spędzą z nią czas!


KONKURS
Razem z Media S Zawada mam dla Was niespodziankę. Napiszcie,który z bohaterów książeczek wydawanych przez wydawnictwo jest najbliższy Twojemu dziecku (książki znajdziecie tutaj). Do wygrania 3 zestawy książeczek (po dwa tytuły). Odpowiedzi umieszczajcie pod postem w komentarzach. Bawimy się tydzień (do 23.08.2016r. do końca dnia) . Czas start!



Wyniki konkursu:

oraz anonimowy komentarz
No cóż mój synek jest wielkim fanem ,,STACYJKOWA" przyznam szczerze na początku podchodziłam do tej bajki bardzo sceptycznie (nie wiem czemu). Jednak po kilku przeczytanych książeczkach razem z synkiem kochamy tą bajkę do tego stopnia, że w domu mamy całą serię:). Dzięki takim książeczkom mój synek potrafi się wyciszyć i posiedzieć 20 minut u mnie na kolanach aby posłuchać przygód o ciufciach i morałach bardzo mądrych jakie płyną z tej szalenie bardzo prostej i przystępnej bajki dla dzieci. Synek jest takim fanem Stacyjkowa, że w domu wszystkie jego koszulki muszą być z ich postaciami. Dzięki takim bajkom wiem, że mój synek rozwija się prawidłowo i od małego uczy się prawidłowych wzorców w stosunku do drugiego człowieka.

Zwycięzców proszę o wysłanie danych adresowych na maila kobietawielozadaniowa@gmail.com

Follow my blog with Bloglovin
Czytaj dalej »

Infekcja intymna kontra Provag.

04.08.2016

Z reguły jestem dumna z tego, że jestem kobietą, że mam podzielną uwagę, wrażliwość, jestem matką, mam intuicję i...seksapil (a co!) Są jednak dni kiedy myślę innymi kategoriami. Bóle menstruacyjne i bieganie z tamponami wcale nie są przyjemne, porodu facet by nie przeżył, a do tego wszystkiego w najmniej odpowiednim momencie dopada nas infekcja miejsc intymnych. Same przyjemności! Ale nie byłybyśmy kobietami, gdybyśmy nie miały sposobu na wszystko. Mój ostatni nazywa się Provag i tego lata dziele go również z moją córką.


Kiedy zostajesz mamą, masz do spełnienia ważną misję. Kochasz , pielęgnujesz, uczysz, kierujesz, dzielisz się, tym co najlepsze. Każdego dnia wpajasz jak ważna jest higiena, tłumaczysz, że trzeba myć zęby , szczotkować włosy. O higienie okolic intymnych nie myślisz, bo i po co? Wystarczy woda z mydłem, a o niej mówisz przecież codziennie. Do specjalistycznych preparatów trzeba dorosnąć, dojrzeć wtedy łatwiej wytłumaczyć. Aż pewnego dnia, tak jak ja widzisz swoją córkę, która siedzi i wierci się przeokrutnie, a gdy się zatrzyma to tylko po to by iść do toalety. I przypominasz sobie, że nie ma znaczenia czy dziewczynka ma 18 lat czy tak jak moja 4, infekcje dotykają nas wszystkich niezależnie od wieku. A okresy letnie to idealny czas właśnie na tę przypadłość.

Jakiś czas temu widząc opisane wyżej objawy u mojego dziecka sięgnęłam po Provag, specjalistyczną emulsję do higieny intymnej, która teraz jest dostępna w wersji przeznaczonej dla kobiet i dzieci po ukończeniu 1 roku życia. 
Emulsja sprzedawana jest w opakowaniu 150 ml z wygodną pompka. Fakt, nie jest to opakowanie rodzinne i zaraz po wyjęciu go z pudełka byłam pewna że szybko się skończy. Preparat jest zaś na tyle gesty i pieniący, że do mycia wystarczy  nacisnąć jeden raz pompką. To zdecydowanie zmienia stopień wydajności, prawda?
Emulsja ma gęsta bezbarwną konsystencję o pięknym delikatnym zapachu (konwalii). Po jej zastosowaniu uczucie świeżości daje się poczuć od razu. Ale nie to jest najważniejsze. Dzięki metabolitom bakterii z rodzaju Lactobacillus ekstraktowi z aloesu, kwasowi mlekowemu, alantolinie i innym składnikom - nawilża, koi i łagodzi podrażnienia.

Efekty u mojej córki pojawiły się już po jednym dniu używania rano i wieczorem. Ulga była wyraźna a liczba wizyt w toalecie powoli się zmniejszała.  Od tamtej pory Provag stosujemy sukcesem codziennie i bez obaw korzystamy z basenu ! 
A Wy macie jakieś sprawdzone metody na infekcje intymne?

Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia